Bah, zabiłam herbatę. Dobrze chociaż, że to czarna, bo zielonej po przeparzeniu nie da się pić. A tak to tylko szkoda sakurowej, jeszcze z dawnej, dawnej wymianki postcrossingowej.
Ale ja nie o tym :P
To tylko film. Ile razy tak człowiekowi powtarzali, jak za bardzo przeżywał jakąś scenę, był poruszony śmiercią bohatera itd? To tylko film, on zaraz wstanie i pójdzie na kawę z tym, co go zastrzelił.
Ale przecież ktoś to musiał zagrać. I o ile śmierć od kuli nie jest taka znowu stresująca do zagrania - moim zdaniem o wiele trudniej zagrać śmierć cichą, naturalną, trzeba się bardziej przełamać - bo to jednak chyba jakaś obawa przed faktyczną śmiercią... o tyle są sceny, w których gra ociera się o samo przeżycie. Wiadomo, odgrywa się takie sceny z tymi, do których ma się zaufanie, wszyscy na planie dbają o to, by aktor/aktorka czuli się jak najbardziej komfortowo, ale mimo wszystko...
Kto ciekaw, o czym mówię: przymusowa "kąpiel" Helen w Sanctuary s2e05. Tyle.
Podziwiam, chapeaux bas i w ogóle respect dla Amandy.
Cliffhangerów nie lubię. Zwłaszcza takich w środku sezonu. I choć wiadomo, że przeżyją w ten czy inny sposób (bo na SyFy już zapowiedziało 4 sezon), to czekanie do połowy kwietnia jest wkurzające :P
Na dzisiaj chyba tyle.
Jutro robótkami się pochwalę. Bo przy dobrym serialu szybciej się dziubie, a na tapecie mała wyszywanka dla s. Tobiaszy. Tak o, za uśmiech.
Suteki da ne?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rękodzieło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rękodzieło. Pokaż wszystkie posty
piątek, 18 lutego 2011
sobota, 18 grudnia 2010
G.O.D.
Skąd tytuł? A bo tak ^^
Bo wczoraj na pół śpiąco doczołgałam się na zbiórkę na wyjazd do Skrzatusza (czuwanie pod hasłem Przymierz Miłość) tylko po to, żeby dowiedzieć się, że osoba dla której tam jechałam brzydko się przeziębiła. Nu ale wyjazd opłacony, to pakujem się w haftokar i jedziem.
.... (times passes)....
Wczoraj było trzy miesiące temu ^^" Ale wyjazd jeszcze pamiętam. Najważniejsze były dwie sprawy.
Sprawa uno pierwsze: do czego służy komórka czyli transmisja na żywo. I człowiek może przynajmniej "duchem" uczestniczyć w spotkaniu. I uno drugie: jakoś tak w pewnym momencie przyszło mi do głowy uzupełnienie tamtego scenariusz. Jak tylko zbiorę chęci, to może dokończę.
Bo tak poza tym, czuwanie... było. Mocno "młodzieżowe" było. Zabrakło mi chwili skupienia, wyciszenia... bo nawet w trakcie Namiotu co chwila muzyczni szaleli...
Ale poznałam człowieka :) I było miło. Pozdrawiam cię, Człowieku, jeśli akurat to przypadkiem czytasz ;)
.... (times passes)...
Back to 18th December.
A co dzisiaj?
Dłubię krzyżykowo obrazki dla babć. Jedna dostanie Maryję od Nieustającej Pomocy (ta już skończona, oprawiona), druga JP2 - to niestety wciąż na warsztacie, brązy tworzące genialny efekt sepii śnią mi się po nocach...
Tyle z tego dobrego, że dziergając, wciągam seriale.
1. Kości i House na bieżąco - w tej chwili bardziej dla zawirowań w głównych pairingach (Bones/Booth, House/Cuddy) niż dla czegokolwiek innego, ale zawsze. Szkoda, że czeka nas dłuższa świąteczna przerwa.
2. Xena - zaczynam sezon 6, ostatni. Całość mocno się zmieniła od pierwszego. Cóż, obejrzę do końca, ale na re-watche późniejsze odcinki raczej szans większych nie mają.
3. Stargate SG-1 - tak, do tego przymierzałam się od dawna. Są odcinki lepsze i gorsze, raczej oglądam dla konkretnych postaci, ew dla kosmitów, ale potrafię zrozumieć, skąd tak wielki fandom i obrona tej serii.
4. Sanctuary - jak już się stwierdziło, że ulubioną postacią w SG jest Samantha Carter, to wypada przecież sprawdzić, co Amanda Tapping jeszcze zrobiła, prawda? Pierwszy odcinek obejrzany na sieci z lektorem - wrażenie pozytywne, ale nie na tyle, żeby wciągać się w kolejny tytuł. Drugi już w oryginale - i tu wsiąkłam :P AT nadała dr Helen Magnus brytyjski akcent. Wprawdzie znawcy tematu (czyt. nativi) twierdzą, że nie do końca brytyjski i momentami uciekający, ale ja się w nim zakochałam. A odcinek 1x09 Requiem sprawił, że w moim osobistym rankingu serial ten tytuł powędrował na drugie miejsce, tuż za Dotyk Anioła. Kto ciekaw, niech obejrzy.
Po pierwsze - genialne odwrócenie sytuacji z otwarcia odcinka i nagle te same spojrzenia rozumiemy zupełnie inaczej. Po drugie samo otwarcie, przez które przez dłuższy czas czekamy na odwrócenie ról lub przynajmniej na "podzielenie się" przypadłością (kurczę, ciężko pisać, żeby nie zaspojlerować). No i po trzecie sama AT - (tu już spojlera nie uniknę) - genialna scena śmierci, jeszcze genialniejsze uśmieszki, które budzą ciary, a po chwili wyglądają najniewinniej w świecie. Czapki z głów!
Na deser taka lub inna animka. Ostatnio Yakitate! Japan - historyjka o piekarzach i chlebku i innym pieczywie. Wrażenia? Niech wystarczy za nie fakt, że nabrałam ostatnio ochoty na świeże pieczywko, takie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku - że zasypuję mamę ciekawostkami o chlebie - i że w poświątecznych planach mam pieczenie chleba w maszynie do ryżu :D
Tyle na dzisiaj. Już i tak długi post wyszedł i wszyscy pewnie w połowie się pospali ;)
Bo wczoraj na pół śpiąco doczołgałam się na zbiórkę na wyjazd do Skrzatusza (czuwanie pod hasłem Przymierz Miłość) tylko po to, żeby dowiedzieć się, że osoba dla której tam jechałam brzydko się przeziębiła. Nu ale wyjazd opłacony, to pakujem się w haftokar i jedziem.
.... (times passes)....
Wczoraj było trzy miesiące temu ^^" Ale wyjazd jeszcze pamiętam. Najważniejsze były dwie sprawy.
Sprawa uno pierwsze: do czego służy komórka czyli transmisja na żywo. I człowiek może przynajmniej "duchem" uczestniczyć w spotkaniu. I uno drugie: jakoś tak w pewnym momencie przyszło mi do głowy uzupełnienie tamtego scenariusz. Jak tylko zbiorę chęci, to może dokończę.
Bo tak poza tym, czuwanie... było. Mocno "młodzieżowe" było. Zabrakło mi chwili skupienia, wyciszenia... bo nawet w trakcie Namiotu co chwila muzyczni szaleli...
Ale poznałam człowieka :) I było miło. Pozdrawiam cię, Człowieku, jeśli akurat to przypadkiem czytasz ;)
.... (times passes)...
Back to 18th December.
A co dzisiaj?
Dłubię krzyżykowo obrazki dla babć. Jedna dostanie Maryję od Nieustającej Pomocy (ta już skończona, oprawiona), druga JP2 - to niestety wciąż na warsztacie, brązy tworzące genialny efekt sepii śnią mi się po nocach...
Tyle z tego dobrego, że dziergając, wciągam seriale.
1. Kości i House na bieżąco - w tej chwili bardziej dla zawirowań w głównych pairingach (Bones/Booth, House/Cuddy) niż dla czegokolwiek innego, ale zawsze. Szkoda, że czeka nas dłuższa świąteczna przerwa.
2. Xena - zaczynam sezon 6, ostatni. Całość mocno się zmieniła od pierwszego. Cóż, obejrzę do końca, ale na re-watche późniejsze odcinki raczej szans większych nie mają.
3. Stargate SG-1 - tak, do tego przymierzałam się od dawna. Są odcinki lepsze i gorsze, raczej oglądam dla konkretnych postaci, ew dla kosmitów, ale potrafię zrozumieć, skąd tak wielki fandom i obrona tej serii.
4. Sanctuary - jak już się stwierdziło, że ulubioną postacią w SG jest Samantha Carter, to wypada przecież sprawdzić, co Amanda Tapping jeszcze zrobiła, prawda? Pierwszy odcinek obejrzany na sieci z lektorem - wrażenie pozytywne, ale nie na tyle, żeby wciągać się w kolejny tytuł. Drugi już w oryginale - i tu wsiąkłam :P AT nadała dr Helen Magnus brytyjski akcent. Wprawdzie znawcy tematu (czyt. nativi) twierdzą, że nie do końca brytyjski i momentami uciekający, ale ja się w nim zakochałam. A odcinek 1x09 Requiem sprawił, że w moim osobistym rankingu serial ten tytuł powędrował na drugie miejsce, tuż za Dotyk Anioła. Kto ciekaw, niech obejrzy.
Po pierwsze - genialne odwrócenie sytuacji z otwarcia odcinka i nagle te same spojrzenia rozumiemy zupełnie inaczej. Po drugie samo otwarcie, przez które przez dłuższy czas czekamy na odwrócenie ról lub przynajmniej na "podzielenie się" przypadłością (kurczę, ciężko pisać, żeby nie zaspojlerować). No i po trzecie sama AT - (tu już spojlera nie uniknę) - genialna scena śmierci, jeszcze genialniejsze uśmieszki, które budzą ciary, a po chwili wyglądają najniewinniej w świecie. Czapki z głów!
Na deser taka lub inna animka. Ostatnio Yakitate! Japan - historyjka o piekarzach i chlebku i innym pieczywie. Wrażenia? Niech wystarczy za nie fakt, że nabrałam ostatnio ochoty na świeże pieczywko, takie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku - że zasypuję mamę ciekawostkami o chlebie - i że w poświątecznych planach mam pieczenie chleba w maszynie do ryżu :D
Tyle na dzisiaj. Już i tak długi post wyszedł i wszyscy pewnie w połowie się pospali ;)
Etykiety:
amanda tapping,
AT,
bones,
film,
house,
kośc,
rekolekcje,
rękodzieło,
sanctuary,
serial,
stargate,
xena
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
pies sumienia
Bo choć Pan Jezus nie chodzi w gumiakach i kapelusiku z piórkiem na niemiecko-austriacką modłę, a już na pewno nie ma spodni na szelka (chociaż, kto wie?), to i tak jest naszym Pasterzem.
Zakładka pana Powella skończona. Wyrwała się w dobre łapki, więc sobie będę musiała drugą wyszyć. Ale najpierw parę innych projektów, więc jak do tej pory będę zakładać lektury kartą biblioteczną/ekartą/pocztówkami/zdjęciami i innymi takimi :D

A ustawienie Avenue Q Theme w roli budzika było najgorszą decyzją w moim życiu :( Już tego słuchać nie mogę ;(
Zakładka pana Powella skończona. Wyrwała się w dobre łapki, więc sobie będę musiała drugą wyszyć. Ale najpierw parę innych projektów, więc jak do tej pory będę zakładać lektury kartą biblioteczną/ekartą/pocztówkami/zdjęciami i innymi takimi :D
A ustawienie Avenue Q Theme w roli budzika było najgorszą decyzją w moim życiu :( Już tego słuchać nie mogę ;(
piątek, 12 marca 2010
Avenue Q
Why you all so happy?
'Cause our life sucks!
No cóż, każdy powód jest dobry, żeby się cieszyć. A cytacik pochodzi z ostatniej muzycznej miłości, czyli musicalu Avenue Q. Szkoda tylko, że nie dowiedziałam się o nim parę lat wcześniej i nie mieszkam w Stanach. Zobaczyć to na żywo... Ze Stephanie D'Abruzzo w roli Kate Monster... mrrr...
Anyway, musical jako się rzekło - wciągający, to i miał pecha zostać tematem (tym razem już chyba ostatecznym) mojej magisterki. Czyli bierzemy się za tłumaczenie i pisanie komentarzy.
Nadgarstki i reszta kości mi się zbuntowała, więc zostałam zapakowana pod koc. Coś w tym czasie trzeba robić. Więc nadganiamy gobelin. O, tak nadganiamy:

A na poprawę humoru - bo pogoda nietęga i bo jeszcze tu i ówdzie pobolewa, pozapisywałam się na cukieraski różne :D Może gdzieś się poszczęści i jakieś cudeńko wpadnie w moje łapki?
To po kolei:
-Marta rozdaje śliczniaste zestawy do hafcików. Takie o:

I takie:

-Anetka świętuje rocznicę ślubu rozdając między innymi organizerek na mulinki ;)
'Cause our life sucks!
No cóż, każdy powód jest dobry, żeby się cieszyć. A cytacik pochodzi z ostatniej muzycznej miłości, czyli musicalu Avenue Q. Szkoda tylko, że nie dowiedziałam się o nim parę lat wcześniej i nie mieszkam w Stanach. Zobaczyć to na żywo... Ze Stephanie D'Abruzzo w roli Kate Monster... mrrr...
Anyway, musical jako się rzekło - wciągający, to i miał pecha zostać tematem (tym razem już chyba ostatecznym) mojej magisterki. Czyli bierzemy się za tłumaczenie i pisanie komentarzy.
Nadgarstki i reszta kości mi się zbuntowała, więc zostałam zapakowana pod koc. Coś w tym czasie trzeba robić. Więc nadganiamy gobelin. O, tak nadganiamy:
A na poprawę humoru - bo pogoda nietęga i bo jeszcze tu i ówdzie pobolewa, pozapisywałam się na cukieraski różne :D Może gdzieś się poszczęści i jakieś cudeńko wpadnie w moje łapki?
To po kolei:
-Marta rozdaje śliczniaste zestawy do hafcików. Takie o:

I takie:

-Anetka świętuje rocznicę ślubu rozdając między innymi organizerek na mulinki ;)
piątek, 26 lutego 2010
My Baseball
My jako my, nie jako "mój". ^^
Ale nie będzie o baseballu, ani o produkującej się na temat szczegółów Chylińskiej. Ani o tym, jak pewien faszysta przeoczył maila lub po prostu miał ochotę na rozmowę (czy to już kwalifikuje się jako mobbing?). Bo "szkoda nerw".
Będzie za to o nowym hobby, wypatrzonym już dawno temu, przy okazji kurowania jakiegoś paskudnego przeziębienia, a podjętym niedawno, bo i czas i warunki sprzyjać zaczęły. Mowa o czymś zwanym keszowaniem, a po ludzku (czyli po Lesiowemu) - polowaniem na skarby.
Zabawę zapoczątkował w USA w 2000 roku Dave Ulmer. Do Polski - przynajmniej oficjalnie - trafiła niecałe dwa lata później. I się zadomowiła.
Zabawa polega na tym, że ktoś znajduje miejsce, które chciałby pokazać innym albo wpada na inny genialny pomysł - i w tylko sobie znanym miejscu ukrywa skrzynkę. Później udostępnia jej współrzędne i opis miejsca ukrycia. Później taka ja na przykład może skrzyneczkę znaleźć i wpisem do dziennika potwierdzić fakt "zdobycia skarbu". A jeśli skrzyneczka jest większa niż mikro, to często można w niej znaleźć fanty na wymianę :)
Jako że czwartki mam wolne, a bez pretekstu ciężko się wywlec na spacer przy zachmurzonym niebie i temperaturach niewiele powyżej zera, to biegam sobie po Gdańsku za skarbami. Na razie w moje łapki wpadły 2 :P i jeden słupski. Ale dopiero zaczynam, więc jeszcze nie mogę pochwalić się tym ósmym zmysłem, który pozwala doświadczonym keszerom już na pierwszy rzut oka ustalić miejsca do obmacania/przekopania. A to trzeba zrobić sprawnie, żeby uwagi cywilów nie zwrócić. :)
Robótki na razie leżą i kwiczą - raptem kocyk Jezuskowi podczas Księżniczki Mononoke wyszyłam. A i to niecały. Jutro wrzucę fotkę. Zakładka też tylko kilka-naście białych krzyżyków dostała, bo Anchor ma ceny... cóż... studentką jestem i mimo stypendium naukowego pewne ceny są dla mnie ciut za wysokie. Zwłaszcza przy 20 kolorach w takiej małej pracy. Przeliczymy na DMC i zobaczymy wtedy.
A dziś księżyc w pełni. Albo prawie w pełni. I po lekturze Utopii taką myśl mi ten księżyc wzbudził. Że na ludzi sławnych, bogatych etc, co to świecą własnym blaskiem mówimy "gwiazdy". A na Pana Jezusa mówimy, że to nasze Słonko. Więc w takim układzie, to ja bym chciała być księżycem. Księżycem, który odbija Jezusowe promienie i oświetla ziemię - czyli tych co to ani nie chcą być gwiazdami, ani jeszcze nie potrafią być księżycami :) Ot, taka sobie wieczorna myśl...
Suteki da, ne?
Ale nie będzie o baseballu, ani o produkującej się na temat szczegółów Chylińskiej. Ani o tym, jak pewien faszysta przeoczył maila lub po prostu miał ochotę na rozmowę (czy to już kwalifikuje się jako mobbing?). Bo "szkoda nerw".
Będzie za to o nowym hobby, wypatrzonym już dawno temu, przy okazji kurowania jakiegoś paskudnego przeziębienia, a podjętym niedawno, bo i czas i warunki sprzyjać zaczęły. Mowa o czymś zwanym keszowaniem, a po ludzku (czyli po Lesiowemu) - polowaniem na skarby.
Zabawę zapoczątkował w USA w 2000 roku Dave Ulmer. Do Polski - przynajmniej oficjalnie - trafiła niecałe dwa lata później. I się zadomowiła.
Zabawa polega na tym, że ktoś znajduje miejsce, które chciałby pokazać innym albo wpada na inny genialny pomysł - i w tylko sobie znanym miejscu ukrywa skrzynkę. Później udostępnia jej współrzędne i opis miejsca ukrycia. Później taka ja na przykład może skrzyneczkę znaleźć i wpisem do dziennika potwierdzić fakt "zdobycia skarbu". A jeśli skrzyneczka jest większa niż mikro, to często można w niej znaleźć fanty na wymianę :)
Jako że czwartki mam wolne, a bez pretekstu ciężko się wywlec na spacer przy zachmurzonym niebie i temperaturach niewiele powyżej zera, to biegam sobie po Gdańsku za skarbami. Na razie w moje łapki wpadły 2 :P i jeden słupski. Ale dopiero zaczynam, więc jeszcze nie mogę pochwalić się tym ósmym zmysłem, który pozwala doświadczonym keszerom już na pierwszy rzut oka ustalić miejsca do obmacania/przekopania. A to trzeba zrobić sprawnie, żeby uwagi cywilów nie zwrócić. :)
Robótki na razie leżą i kwiczą - raptem kocyk Jezuskowi podczas Księżniczki Mononoke wyszyłam. A i to niecały. Jutro wrzucę fotkę. Zakładka też tylko kilka-naście białych krzyżyków dostała, bo Anchor ma ceny... cóż... studentką jestem i mimo stypendium naukowego pewne ceny są dla mnie ciut za wysokie. Zwłaszcza przy 20 kolorach w takiej małej pracy. Przeliczymy na DMC i zobaczymy wtedy.
A dziś księżyc w pełni. Albo prawie w pełni. I po lekturze Utopii taką myśl mi ten księżyc wzbudził. Że na ludzi sławnych, bogatych etc, co to świecą własnym blaskiem mówimy "gwiazdy". A na Pana Jezusa mówimy, że to nasze Słonko. Więc w takim układzie, to ja bym chciała być księżycem. Księżycem, który odbija Jezusowe promienie i oświetla ziemię - czyli tych co to ani nie chcą być gwiazdami, ani jeszcze nie potrafią być księżycami :) Ot, taka sobie wieczorna myśl...
Suteki da, ne?
Etykiety:
geocaching,
opencaching,
rekolekcje,
rękodzieło,
studia
niedziela, 21 lutego 2010
WP 2010
Tak, zaczął się nam Wielki Post. Kolejny. Czas więc na postanowienie. W tym roku potrójne, żeby niejako spróbować wszystkich trzech postaw: modlitwy, postu i jałmużny. Za 40 dni zdradzę, czy udało się go dochować ;)
Na polu robótkowym cały czas coś się dzieje - wreszcie odgrzebałam bożonarodzeniowy gobelin, rozpoczęty jeszcze w 2006 r :P Do gwiazdki pewnie go skończę.

A w ramach drobnego kolorowego przerywnika (bo na gobelinie same szarości, brązy i ciemne zielenie zostały) - wenecka zakładeczka projektu pana Michaela Powella. O ta:
Podpatrzyłam ją na blogu Zakręcone XXX i z miejsca się zakochałam. We wtorek pewnie wyprawię się po mulinki i będziem szaleć.
A na koniec... Dwa lata temu x. Norbi poprosił mnie o przygotowanie inscenizowanej Drogi Krzyżowej dla młodzieży. Przez 2 dni szukałam pomysłu, a gdy wreszcie przyszło natchnienie, całość napisała się właściwie od ręki. Drogi w końcu nie poprowadziliśmy, ale tekst został i dziś go odgrzebałam. W zakończeniu były takie słowa:
Na zegarze świata bije godzina trzecia. Nie pytaj, co możesz zrobić. Nie postanawiaj niczego. Nie proś o siły, by zmienić życie i świat.
Módl się raczej o miłość, byś potrafił kochać. Czuwaj i módl się, byś nie przegapił poranka spełnionej obietnicy. Idź i żyj tak, by Jezus już nie umierał.
Na polu robótkowym cały czas coś się dzieje - wreszcie odgrzebałam bożonarodzeniowy gobelin, rozpoczęty jeszcze w 2006 r :P Do gwiazdki pewnie go skończę.
A w ramach drobnego kolorowego przerywnika (bo na gobelinie same szarości, brązy i ciemne zielenie zostały) - wenecka zakładeczka projektu pana Michaela Powella. O ta:
Podpatrzyłam ją na blogu Zakręcone XXX i z miejsca się zakochałam. We wtorek pewnie wyprawię się po mulinki i będziem szaleć.
A na koniec... Dwa lata temu x. Norbi poprosił mnie o przygotowanie inscenizowanej Drogi Krzyżowej dla młodzieży. Przez 2 dni szukałam pomysłu, a gdy wreszcie przyszło natchnienie, całość napisała się właściwie od ręki. Drogi w końcu nie poprowadziliśmy, ale tekst został i dziś go odgrzebałam. W zakończeniu były takie słowa:
Na zegarze świata bije godzina trzecia. Nie pytaj, co możesz zrobić. Nie postanawiaj niczego. Nie proś o siły, by zmienić życie i świat.
Módl się raczej o miłość, byś potrafił kochać. Czuwaj i módl się, byś nie przegapił poranka spełnionej obietnicy. Idź i żyj tak, by Jezus już nie umierał.
niedziela, 17 stycznia 2010
Zima i Mizuho
Zimowy pejzaż powoli się dłubie. Bardzo powoli, bo jak ktoś sobie narobił zaległości w pracach domowych, to nie może spędzić przyjemnych wieczorów z filmem i xxx.

Do przyszłej zimy skończę :D
A teraz obiecana recenzja :)
Onegai Teacher: Mizuho & Kei Diary autorstwa pana ukrywającego się pod nickiem Go Zappa.
Jest to kolejna nowelka (nie mylić z polską nowelą!) oparta na anime, która wpadła w moje łapki. I tak jak OMG: First End okazał się trafionym zakupem, tak Pamiętnik Mizuho i Kei'a rozczarował.
Zgodnie z posłowiem opowieść miała być nie tyle sfabularyzowaniem anime, co dodaniem kilku epizodów, które z różnych przyczyn nie mogły się znaleźć w serialu. Książka skupia się wokół pary głównych bohaterów, częściowo powtarzając to, co już znamy, a częściowo dopowiadając szczegóły po zapadnięciu kurtyny czy też zmroku.
Nie przeczę, Mizuho bojąca się kota jest naprawdę smacznym kąskiem dla fana serialu. Na pochwałę zasługują również ilustracje - przedstawiające głównie panie. A jednak całości bliżej do fanfiku - i to nie najwyższych lotów - niż do porządnej nowelki. W wielu miejscach przebija fakt, że jest to tłumaczenie z japońskiego. Spora ilość błędów i dziwnych konstrukcji składniowych nasuwa podejrzenie, że tekst nie przeszedł korekty.
Nowelka jest pewnym smaczkiem dla fanów serii, ale jej poziom jest niestety zbyt niski, by mogła stać się czymś więcej niż tylko elementem kolekcji wyznawców Kazami Mizuho.
Do przyszłej zimy skończę :D
A teraz obiecana recenzja :)
Onegai Teacher: Mizuho & Kei Diary autorstwa pana ukrywającego się pod nickiem Go Zappa.
Zgodnie z posłowiem opowieść miała być nie tyle sfabularyzowaniem anime, co dodaniem kilku epizodów, które z różnych przyczyn nie mogły się znaleźć w serialu. Książka skupia się wokół pary głównych bohaterów, częściowo powtarzając to, co już znamy, a częściowo dopowiadając szczegóły po zapadnięciu kurtyny czy też zmroku.
Nie przeczę, Mizuho bojąca się kota jest naprawdę smacznym kąskiem dla fana serialu. Na pochwałę zasługują również ilustracje - przedstawiające głównie panie. A jednak całości bliżej do fanfiku - i to nie najwyższych lotów - niż do porządnej nowelki. W wielu miejscach przebija fakt, że jest to tłumaczenie z japońskiego. Spora ilość błędów i dziwnych konstrukcji składniowych nasuwa podejrzenie, że tekst nie przeszedł korekty.
Nowelka jest pewnym smaczkiem dla fanów serii, ale jej poziom jest niestety zbyt niski, by mogła stać się czymś więcej niż tylko elementem kolekcji wyznawców Kazami Mizuho.
piątek, 8 stycznia 2010
Paczka, nargile i inne takie
Yo! Witam w piątkowe popołudnie :D
Dojechałam doma w jednym kawałku. Nawet. A że pociąg przedziałowy podjechał i tłumów nie było, to i napiski do Arii podłubałam. Prawie cały 14 odcinek wyszedł. Niby Tenshi ciągnie dalej, ale wolę zrobić swoje. Po pierwsze uno zgodne z konwencjami Wanderera (pierwszego tłumacza), po drugie uno jednak trochę poprawniejsze :P
A jak już się chwalę (nie chełpię :P), to u Łucji z poświadczonych 90% za testament Hemingwaya dostałam :D
W kwestii tłumaczeń. Fale mają wprost nieprzebrane możliwości ruchów: od rozbijania się, przez napieranie i wzbieranie, aż po piętrzenie :P Dobrego kwadransa potrzeba na omówienie wszystkich i wybranie tego właściwego, ukazującego ruch pionowy w górę :P A płomyki świec mogą pełgać, o czym nie wszyscy wiedzą :D
Z serii o Królu Maciusiu:
Zgodnie z pewną teorią (nazwiska autora nie dosłyszałam) jeśli książka kończy się ślubem, to jest komedią, jeśli śmiercią - to tragedią. W związku z tym stwierdzam, co następuje: Pierwsze prawo magii to tragedia, bo ginie Darken Rahl, Kamień Łez to komedia, bo Richard i Kahlan się... no rozumiecie :D
Lord Jim wymęczony razem z jego napastliwościami, Ogólną Zaradnością i mediumicznym Marlowem. Kurczaczek, muszę zacząć robić notatki, bo zanim siądę do bloga to połowę lepszych tekstów z tych zajęć zapominam :/
Anyway - Alicja w Krainie Czarów. I w pewnym momencie człowiek nie wie, kto był na większym haju - autor, tłumacz czy Alicja :P A już na pewno Pan Gąsienica, który nie wiedzieć kiedy stał się pan, został pozbawiony koloru przez Projekt Gutenberg, a w dodatku pali hookah, czyli nargile, czyli wielką fajkę :D
Koniec. Wystarczy, że pannę M. trzeba było budzić, bo chrapać zaczynała.
Paczka doszła. Z Amazona. Z nowelką na podstawie Onegai Teacher. Andrzej się pluje, że jak można czytać nowelki :P Facet, nie zna się. Będzie co czytywać w pociągu, zwłaszcza że Kamień Łez doczytany, a trzeci tomik zaklepany więc już poczekam, nie będę czytać na kompku.
Właśnie. Kamień Łez. Dalej nie mam pojęcia, co Richard zrobił Rahlowi, a przejście Denny do grona dobrych duchów uważam za mocno naciągane, ale oczywiście znowu jestem pod wrażeniem. Na przykład, jak ten dureń Cypher musiał pogonić Gratcha, żeby zrozumieć, co zrobiła dla niego Kahlan. I lubię Vernę. I podobała mi się końcówka - nie samo tegesowanie, ale i wcześniej - jak Kahlan odesłała Orska do swojego pokoju :P I jak Richard się zabijał, ale przez całe popołudnie gapił się na jej włosy, a potem poszedł na zupę, bo przecież "zabić jeszcze się zdąży". Faceci...
Na polu robótkowym powoli do przodu z zimowym pejzażem, ale już za ciemno, żeby fotoska robić. Jutro będzie. Jutro też polowanie na plastikową kanwę - jeśli znajdę, to parę zawieszek będzie w nagrodach nowego forumkowego konkursu, tym razem nie mojego :D
Suteki da ne?
Dojechałam doma w jednym kawałku. Nawet. A że pociąg przedziałowy podjechał i tłumów nie było, to i napiski do Arii podłubałam. Prawie cały 14 odcinek wyszedł. Niby Tenshi ciągnie dalej, ale wolę zrobić swoje. Po pierwsze uno zgodne z konwencjami Wanderera (pierwszego tłumacza), po drugie uno jednak trochę poprawniejsze :P
A jak już się chwalę (nie chełpię :P), to u Łucji z poświadczonych 90% za testament Hemingwaya dostałam :D
W kwestii tłumaczeń. Fale mają wprost nieprzebrane możliwości ruchów: od rozbijania się, przez napieranie i wzbieranie, aż po piętrzenie :P Dobrego kwadransa potrzeba na omówienie wszystkich i wybranie tego właściwego, ukazującego ruch pionowy w górę :P A płomyki świec mogą pełgać, o czym nie wszyscy wiedzą :D
Z serii o Królu Maciusiu:
Zgodnie z pewną teorią (nazwiska autora nie dosłyszałam) jeśli książka kończy się ślubem, to jest komedią, jeśli śmiercią - to tragedią. W związku z tym stwierdzam, co następuje: Pierwsze prawo magii to tragedia, bo ginie Darken Rahl, Kamień Łez to komedia, bo Richard i Kahlan się... no rozumiecie :D
Lord Jim wymęczony razem z jego napastliwościami, Ogólną Zaradnością i mediumicznym Marlowem. Kurczaczek, muszę zacząć robić notatki, bo zanim siądę do bloga to połowę lepszych tekstów z tych zajęć zapominam :/
Anyway - Alicja w Krainie Czarów. I w pewnym momencie człowiek nie wie, kto był na większym haju - autor, tłumacz czy Alicja :P A już na pewno Pan Gąsienica, który nie wiedzieć kiedy stał się pan, został pozbawiony koloru przez Projekt Gutenberg, a w dodatku pali hookah, czyli nargile, czyli wielką fajkę :D
Koniec. Wystarczy, że pannę M. trzeba było budzić, bo chrapać zaczynała.
Paczka doszła. Z Amazona. Z nowelką na podstawie Onegai Teacher. Andrzej się pluje, że jak można czytać nowelki :P Facet, nie zna się. Będzie co czytywać w pociągu, zwłaszcza że Kamień Łez doczytany, a trzeci tomik zaklepany więc już poczekam, nie będę czytać na kompku.
Właśnie. Kamień Łez. Dalej nie mam pojęcia, co Richard zrobił Rahlowi, a przejście Denny do grona dobrych duchów uważam za mocno naciągane, ale oczywiście znowu jestem pod wrażeniem. Na przykład, jak ten dureń Cypher musiał pogonić Gratcha, żeby zrozumieć, co zrobiła dla niego Kahlan. I lubię Vernę. I podobała mi się końcówka - nie samo tegesowanie, ale i wcześniej - jak Kahlan odesłała Orska do swojego pokoju :P I jak Richard się zabijał, ale przez całe popołudnie gapił się na jej włosy, a potem poszedł na zupę, bo przecież "zabić jeszcze się zdąży". Faceci...
Na polu robótkowym powoli do przodu z zimowym pejzażem, ale już za ciemno, żeby fotoska robić. Jutro będzie. Jutro też polowanie na plastikową kanwę - jeśli znajdę, to parę zawieszek będzie w nagrodach nowego forumkowego konkursu, tym razem nie mojego :D
Suteki da ne?
Etykiety:
anime,
kahlan amnell,
książka,
legend of the seeker,
rękodzieło,
studia,
tłumoczenia
czwartek, 31 grudnia 2009
dureń!
No dureń, proszę państwa, dureń! Prawda że dureń? Bo inaczej tego nazwać nie można. Pacan zwykły. No dobrze, po kolei.
Nie mam na myśli człowieczka, który wciąż jeszcze nie oddał Kamienia Łez, ani tego, który już wypożyczył następny tom. W sieci można znaleźć wszystko, więc człowiek jakoś tam czytywuje w innej postaci. Choć bez tego tomiszcza na kolanach, bez zapachu papieru i przewracania sczytanych kartek to już nie to samo.
Ale. Wracając do naszego durnia. Jak łatwo się domyślić mam na myśli Richarda Cyphera-Rahla. Ja rozumiem, że siostra Verna (która nawiasem mówiąc raczej nie należy do Sióstr Światła a tego drugiego, ukrywającego się zakonu) namotała mu w głowie i odwróciła pierwsze prawo magii przeciwko niemu. Ja rozumiem, że poczuł się zdradzony przez Kahlan, gdy kazała mu założyć obrożę. Ale wyrzucać kosmyk jej włosów? Po tym, jak sama go obcięła? Toć ten matoł wie, że Spowiedniczka nie może sama ścinać włosów, że sprawia jej to fizyczny ból. Dureń. Koniec. Zobaczymy, kiedy zmądrzeje. Gorzej, że ślubu nie było i jeszcze przyjdzie nam na niego poczekać.
Równolegle do książki oglądam serial. Z porównań już dawno zrezygnowałam. I słusznie. Bo sam w sobie serial nie jest najgorszy. Ot choćby scena niedoszłej egzekucji Mord-Sith Cary. Tak, ta postać sporo wniosła do opowieści. Albo to jak wyspowiadany (choć nie przez Kahlan) Richard ma - mówiąc wprost - zrobić jej dziecko. W książce już dawno znaleźli rozwiązanie problemu mocy Kahlan. W filmie ciągną to dalej. Pewnie dlatego, że zbyt wiele znaczy dla twórców napięcie między głównymi bohaterami. Jeśli już się teges, to trzeba będzie w inny sposób podkręcić atmosferę :P
Mrr... widział ktoś kiedyś zieloną kawę? W filiżance stoi - latte o smaku zielonej herbaty aromatyzowanej kwiatem wiśni. Japoński wynalazek :d zobaczymy czy przeżyję degustację.
Z hafcików na warsztacie zimowy zamek od Basi:

Na razie niewiele - kawałek zamku, troszkę niebieskiego śniegu. Malowana kanwa to męka, czasami nie wiadomo, który kolor w danym miejscu trzeba postawić. No i ten zielonkawy na ścianie dziwny, ale nie będę kombinować, bo gorzej spsuję :P
Jak mi się odwidzi, to chyba powoli zacznę dłubać jeszcze ten zestawik z postcrossingowej wymiany:

Nie mam bladego pojęcia czy wyjdzie, ale do odważnych świat należy.
Do północy niecałe 12 godzin... Ponieważ raczej nie baluję i nie obchodzę tej nocy, to już teraz wszystkim nielicznym czytaczom:
Nie mam na myśli człowieczka, który wciąż jeszcze nie oddał Kamienia Łez, ani tego, który już wypożyczył następny tom. W sieci można znaleźć wszystko, więc człowiek jakoś tam czytywuje w innej postaci. Choć bez tego tomiszcza na kolanach, bez zapachu papieru i przewracania sczytanych kartek to już nie to samo.
Ale. Wracając do naszego durnia. Jak łatwo się domyślić mam na myśli Richarda Cyphera-Rahla. Ja rozumiem, że siostra Verna (która nawiasem mówiąc raczej nie należy do Sióstr Światła a tego drugiego, ukrywającego się zakonu) namotała mu w głowie i odwróciła pierwsze prawo magii przeciwko niemu. Ja rozumiem, że poczuł się zdradzony przez Kahlan, gdy kazała mu założyć obrożę. Ale wyrzucać kosmyk jej włosów? Po tym, jak sama go obcięła? Toć ten matoł wie, że Spowiedniczka nie może sama ścinać włosów, że sprawia jej to fizyczny ból. Dureń. Koniec. Zobaczymy, kiedy zmądrzeje. Gorzej, że ślubu nie było i jeszcze przyjdzie nam na niego poczekać.
Równolegle do książki oglądam serial. Z porównań już dawno zrezygnowałam. I słusznie. Bo sam w sobie serial nie jest najgorszy. Ot choćby scena niedoszłej egzekucji Mord-Sith Cary. Tak, ta postać sporo wniosła do opowieści. Albo to jak wyspowiadany (choć nie przez Kahlan) Richard ma - mówiąc wprost - zrobić jej dziecko. W książce już dawno znaleźli rozwiązanie problemu mocy Kahlan. W filmie ciągną to dalej. Pewnie dlatego, że zbyt wiele znaczy dla twórców napięcie między głównymi bohaterami. Jeśli już się teges, to trzeba będzie w inny sposób podkręcić atmosferę :P
Mrr... widział ktoś kiedyś zieloną kawę? W filiżance stoi - latte o smaku zielonej herbaty aromatyzowanej kwiatem wiśni. Japoński wynalazek :d zobaczymy czy przeżyję degustację.
Z hafcików na warsztacie zimowy zamek od Basi:
Na razie niewiele - kawałek zamku, troszkę niebieskiego śniegu. Malowana kanwa to męka, czasami nie wiadomo, który kolor w danym miejscu trzeba postawić. No i ten zielonkawy na ścianie dziwny, ale nie będę kombinować, bo gorzej spsuję :P
Jak mi się odwidzi, to chyba powoli zacznę dłubać jeszcze ten zestawik z postcrossingowej wymiany:
Nie mam bladego pojęcia czy wyjdzie, ale do odważnych świat należy.
Do północy niecałe 12 godzin... Ponieważ raczej nie baluję i nie obchodzę tej nocy, to już teraz wszystkim nielicznym czytaczom:
Etykiety:
film,
kahlan amnell,
książka,
legend of the seeker,
rękodzieło
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Mondayowe fotki :D
Baterii dalej u mnie niet, więc trzeba było ratować się aparatem w lapku.
Więc po kolei. Najpierw aniełek - jeszcze tylko ramki mu brakuje:

Zabaw z koralikami ciąg dalszy, czyli kilka drobiazgów przygotowanych do paczek z konkursu. Tylko piernikowy ludzik uparcie tracił dla mnie głowę, więc zamiast niego do nagród dołączyła śnieżynka:

I wreszcie to, co tygryski lubią najbardziej, czyli SŁODYCZE! Sponsorzy dopisali, więc udało się całkiem sympatyczne zestawy zmontować (w tym kinderjajka :D) Do tego karteczki świętopawłowe z gratulacjami i koralikowe wypocinki:

Tak to wyglądało przed dwoma kwadransami. Teraz wszystkie zapasy zostały ładnie podzielone, ułożone i zapakowane w mniej lub bardziej kształtne paczuszki. Jutro potuptamy na pocztę i wyślemy wszystkim łobuzom :)
A mnie listonośnik dziś przyniósł ostatni zabłąkany prezent :D Wzorek zimowego zamku razem z kompletem mulinek od Baśki :) Kiedy ja znajdę czas na te wszystkie wyszywanki? Bo 2 nowe zestawy, gobelin-niespodzianka, wypadałoby ten stary dokończyć, siostrzyczkom coś na rocznicę ślubów przygotować... nie wygrzebię się z nitek w tym roku, oj nie :P
Więc po kolei. Najpierw aniełek - jeszcze tylko ramki mu brakuje:
Zabaw z koralikami ciąg dalszy, czyli kilka drobiazgów przygotowanych do paczek z konkursu. Tylko piernikowy ludzik uparcie tracił dla mnie głowę, więc zamiast niego do nagród dołączyła śnieżynka:
I wreszcie to, co tygryski lubią najbardziej, czyli SŁODYCZE! Sponsorzy dopisali, więc udało się całkiem sympatyczne zestawy zmontować (w tym kinderjajka :D) Do tego karteczki świętopawłowe z gratulacjami i koralikowe wypocinki:
Tak to wyglądało przed dwoma kwadransami. Teraz wszystkie zapasy zostały ładnie podzielone, ułożone i zapakowane w mniej lub bardziej kształtne paczuszki. Jutro potuptamy na pocztę i wyślemy wszystkim łobuzom :)
A mnie listonośnik dziś przyniósł ostatni zabłąkany prezent :D Wzorek zimowego zamku razem z kompletem mulinek od Baśki :) Kiedy ja znajdę czas na te wszystkie wyszywanki? Bo 2 nowe zestawy, gobelin-niespodzianka, wypadałoby ten stary dokończyć, siostrzyczkom coś na rocznicę ślubów przygotować... nie wygrzebię się z nitek w tym roku, oj nie :P
sobota, 5 grudnia 2009
Baah... Humbug!
Czemu do Mikołajek jeszcze 7 godzin? Po raz pierwszy od ładnych kilku(-nastu) lat nie mogę się doczekać mikołajkowego poranka. Dlaczego?

A bo na rozpakowanie czekają 3 śliczne paczuszki z Indii, Malezji i Hong Kongu. Przyszły z post-crossingową pocztą już kilka tygodni temu i od tego czasu leżą na biurku, uparcie kusząc biedną mnie. Ale dam radę.
Na osłodę zapisuję się na moje pierwsze candy u Penelopy. Może akurat się poszczęści i w moje łapki, a właściwie brzucho wpadną takie pyszniaste ciasteczka:

Topsz, włączamy po raz 7 czy 8 musicalową Opowieść Wigilijną (stąd tytułowy humbug) i bierzemy się za aniołka dla cioci Weni. Jeszcze tylko skrzydła i backstitche...
środa, 2 grudnia 2009
Koralikowy szał
Od wczoraj mam fazę na koraliki :P A że po do IKEI po słoik owych pojadę dopiero we wtorek, to na razie podzielę się samą ideą koralikowania:
Tak wygląda zestaw: koraliki + podkładka z wypustkami
Zaczynamy układać obrazek - na sześciokątnej podkładce najlepiej wychodzą gwiazdki:
Kilka minut później:
Gotową układankę nakrywamy papierkiem z zestawu (ponoć papier do pieczenia też się sprawdza), nagrzewamy żelazko na 2-2.5 kropki i delikatnie przeprasowujemy, aż koraliki się nadtopią i skleją.
Później delikatnie odklejamy papierek, zdejmujemy koraliki z podkładki i prasujemy je z drugiej strony (też przez papierek) Gotowa gwiazdka wygląda tak:
Można przewlec przez nią niteczkę i powiesić choćby na choince :D
Jak już się dorwę do IKEowych koralików to będzie szał :) Bo na kwadratowej podkładce to nie trzeba nawet specjalnych wzorów mieć, tylko można z głowy lecieć - albo wzory na drobne hafty układać :)
Cudownie, nie? ^^
poniedziałek, 30 listopada 2009
Szaliczek

Jutro start konkursu przedŚwiątecznego, a wraz z nim Mikołajkowej Loterii. Nie było wyjścia, szalik trzeba było skończyć. Bo jak to tak - loteria bez nagrody?
Szaliczek wyszedł nienajgorzej, jak widać na zdjęciu obok. Jest cieplutki - oby więc dobrze służył temu, kto go wylosuje w Mikołajkowy wieczór.
A robiło się go bardzo prosto i przyjemnie: upleciony na paluszkach, podczas któregoś z odcinków Chokotto Sister :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)