Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2011

- Tylko szybko, bo na zakazie stoję.

Ot, takie wspomnienie z pracy sezonowej. Przychodziłam wcześniej, żeby pomóc w tym czy tamtym, więc różne sytuacje i osoby napotykałam.
Była taka jedna. Wesoła, rozgadana i ranki zawsze wyglądały tak samo.
Kiedy tylko znajome kroki zaszurały w korytarzu, wszystko szło na bok, bo wiadomo było, że za chwilę wpadnie przez drzwi i zawoła: "Tylko szybko, bo na zakazie". Czasami nawet nie musiała wołać, same śmiałyśmy się: "Zakaz? Zakaz."


Po co o tym piszę? Tak sobie. Bo miłe wspomnienie. I może dlatego, żeby nie pisać o takim jednym, który mnie dzisiaj wkurza swoją postawą. Zero zrozumienia, zero prób porozumienia. Mówi się trudno. Kuchnia też jest wygodna.

Ups, miałam nie pisać ^^


Anyway, znajduję ostatnio perwersyjną przyjemność w pochłanianiu kolejnych tomików Marimite. Dlaczemu perwersyjną?
Bo z jednej strony wiem, że jeszcze tylko 3 części do końca mi zostały (jakieś 300 stron). A z drugiej rzucam się, wciągam nałogowo kolejne rozdziały. Chcę sobie odmówić, żeby na dłużej starczyło, a jednocześnie nie oszczędzam. I to mnie bawi. Ot, perwersja taka.


Zapowiedzi z tylnej okładki potrafią wieeeleee wyjaśnić nawet bez otwierania książki. Przynajmniej mogę zacząć 30 tomik na spokojnie, podejrzewając, po co Sachiko zakuwała i co miała na myśli, mówiąc, że "pali za sobą mosty" (a nie powiem, nerwóweczka była, kiedy czytałam tę scenę).

Tyle na dziś. W głośnikach Groban i Maria-sama no kokoro, na kartce rozkmina kolejnej lekcji japońskiego, a w głowie pusto...

poniedziałek, 4 lipca 2011

Maria-sama ga miteru

Czyli "Maryja Panna patrzy". Albo czuwa. W zależności od sytuacji i kontekstu.

A jednocześnie tytuł serii shoujo nowelek. Shoujo czyli dziewczyńskich. Wciąga niemożebnie, bo trzy wieczory i trzy tomiki za mną. Fakt, że cienkie to-to (aby 130-150 stron na tomik), ale zawsze...

Od czasów odkrycia "Arii" chyba nie trafiłam na nic o podobnej atmosferze. A czegoś takiego właśnie od czasu potrzeba. Trochę różnych osobowości, kilka różnych rodzajów relacji między nimi, a wszystko to podane z odpowiednią porcją cukru (ale nie lukru! żeby o ból zębów nie przyprawić).

I tylko młody krzywo patrzy jak powzdychuję czy niemal piszczę przy co poniektórych scenach. Ale jak się czyta dziewczyńskie książki, to dziewczyńskie reakcje są usprawiedliwione, prawda? :P

Zresztą, jakby nie patrzeć, to dziewczyną jestem. Ponoć :)


Suteki da ne!

sobota, 13 marca 2010

Jensenn, Oba i reszta Rahlów

Wrr... jakbym mogła, to bym w łeb przylała. Albo gorzej. I przez niego Althea nie żyje ;((((

Oto prawdziwe mistrzostwo - tak stworzyć postaci, żeby czytelnik się nie tyle przywiązał, co odczuwał pewne emocje - dobre i złe. Jeśli Oba doprowadza mnie do szewskiej pasji, a los Althei wzbudza współczucie i nadzieję, że Rysiu naprawi to, co spartolił jego porąbany tatko - to znaczy, że Goodkindowi się udało. Historia może być przewidywalna, opierać się na powtarzanych schematach - ale postaci są żywe i żyjące. I dlatego w takich chwilach człowiek odkłada na bok książkę, żeby ochłonąć.

Suteki da ne? ^^

niedziela, 17 stycznia 2010

Zima i Mizuho

Zimowy pejzaż powoli się dłubie. Bardzo powoli, bo jak ktoś sobie narobił zaległości w pracach domowych, to nie może spędzić przyjemnych wieczorów z filmem i xxx.

Photobucket

Do przyszłej zimy skończę :D

A teraz obiecana recenzja :)
Onegai Teacher: Mizuho & Kei Diary autorstwa pana ukrywającego się pod nickiem Go Zappa.

Jest to kolejna nowelka (nie mylić z polską nowelą!) oparta na anime, która wpadła w moje łapki. I tak jak OMG: First End okazał się trafionym zakupem, tak Pamiętnik Mizuho i Kei'a rozczarował.

Zgodnie z posłowiem opowieść miała być nie tyle sfabularyzowaniem anime, co dodaniem kilku epizodów, które z różnych przyczyn nie mogły się znaleźć w serialu. Książka skupia się wokół pary głównych bohaterów, częściowo powtarzając to, co już znamy, a częściowo dopowiadając szczegóły po zapadnięciu kurtyny czy też zmroku.

Nie przeczę, Mizuho bojąca się kota jest naprawdę smacznym kąskiem dla fana serialu. Na pochwałę zasługują również ilustracje - przedstawiające głównie panie. A jednak całości bliżej do fanfiku - i to nie najwyższych lotów - niż do porządnej nowelki. W wielu miejscach przebija fakt, że jest to tłumaczenie z japońskiego. Spora ilość błędów i dziwnych konstrukcji składniowych nasuwa podejrzenie, że tekst nie przeszedł korekty.

Nowelka jest pewnym smaczkiem dla fanów serii, ale jej poziom jest niestety zbyt niski, by mogła stać się czymś więcej niż tylko elementem kolekcji wyznawców Kazami Mizuho.

piątek, 8 stycznia 2010

Paczka, nargile i inne takie

Yo! Witam w piątkowe popołudnie :D
Dojechałam doma w jednym kawałku. Nawet. A że pociąg przedziałowy podjechał i tłumów nie było, to i napiski do Arii podłubałam. Prawie cały 14 odcinek wyszedł. Niby Tenshi ciągnie dalej, ale wolę zrobić swoje. Po pierwsze uno zgodne z konwencjami Wanderera (pierwszego tłumacza), po drugie uno jednak trochę poprawniejsze :P
A jak już się chwalę (nie chełpię :P), to u Łucji z poświadczonych 90% za testament Hemingwaya dostałam :D

W kwestii tłumaczeń. Fale mają wprost nieprzebrane możliwości ruchów: od rozbijania się, przez napieranie i wzbieranie, aż po piętrzenie :P Dobrego kwadransa potrzeba na omówienie wszystkich i wybranie tego właściwego, ukazującego ruch pionowy w górę :P A płomyki świec mogą pełgać, o czym nie wszyscy wiedzą :D

Z serii o Królu Maciusiu:
Zgodnie z pewną teorią (nazwiska autora nie dosłyszałam) jeśli książka kończy się ślubem, to jest komedią, jeśli śmiercią - to tragedią. W związku z tym stwierdzam, co następuje: Pierwsze prawo magii to tragedia, bo ginie Darken Rahl, Kamień Łez to komedia, bo Richard i Kahlan się... no rozumiecie :D
Lord Jim wymęczony razem z jego napastliwościami, Ogólną Zaradnością i mediumicznym Marlowem. Kurczaczek, muszę zacząć robić notatki, bo zanim siądę do bloga to połowę lepszych tekstów z tych zajęć zapominam :/
Anyway - Alicja w Krainie Czarów. I w pewnym momencie człowiek nie wie, kto był na większym haju - autor, tłumacz czy Alicja :P A już na pewno Pan Gąsienica, który nie wiedzieć kiedy stał się pan, został pozbawiony koloru przez Projekt Gutenberg, a w dodatku pali hookah, czyli nargile, czyli wielką fajkę :D
Koniec. Wystarczy, że pannę M. trzeba było budzić, bo chrapać zaczynała.

Paczka doszła. Z Amazona. Z nowelką na podstawie Onegai Teacher. Andrzej się pluje, że jak można czytać nowelki :P Facet, nie zna się. Będzie co czytywać w pociągu, zwłaszcza że Kamień Łez doczytany, a trzeci tomik zaklepany więc już poczekam, nie będę czytać na kompku.

Właśnie. Kamień Łez. Dalej nie mam pojęcia, co Richard zrobił Rahlowi, a przejście Denny do grona dobrych duchów uważam za mocno naciągane, ale oczywiście znowu jestem pod wrażeniem. Na przykład, jak ten dureń Cypher musiał pogonić Gratcha, żeby zrozumieć, co zrobiła dla niego Kahlan. I lubię Vernę. I podobała mi się końcówka - nie samo tegesowanie, ale i wcześniej - jak Kahlan odesłała Orska do swojego pokoju :P I jak Richard się zabijał, ale przez całe popołudnie gapił się na jej włosy, a potem poszedł na zupę, bo przecież "zabić jeszcze się zdąży". Faceci...

Na polu robótkowym powoli do przodu z zimowym pejzażem, ale już za ciemno, żeby fotoska robić. Jutro będzie. Jutro też polowanie na plastikową kanwę - jeśli znajdę, to parę zawieszek będzie w nagrodach nowego forumkowego konkursu, tym razem nie mojego :D

Suteki da ne?

czwartek, 31 grudnia 2009

dureń!

No dureń, proszę państwa, dureń! Prawda że dureń? Bo inaczej tego nazwać nie można. Pacan zwykły. No dobrze, po kolei.
Nie mam na myśli człowieczka, który wciąż jeszcze nie oddał Kamienia Łez, ani tego, który już wypożyczył następny tom. W sieci można znaleźć wszystko, więc człowiek jakoś tam czytywuje w innej postaci. Choć bez tego tomiszcza na kolanach, bez zapachu papieru i przewracania sczytanych kartek to już nie to samo.

Ale. Wracając do naszego durnia. Jak łatwo się domyślić mam na myśli Richarda Cyphera-Rahla. Ja rozumiem, że siostra Verna (która nawiasem mówiąc raczej nie należy do Sióstr Światła a tego drugiego, ukrywającego się zakonu) namotała mu w głowie i odwróciła pierwsze prawo magii przeciwko niemu. Ja rozumiem, że poczuł się zdradzony przez Kahlan, gdy kazała mu założyć obrożę. Ale wyrzucać kosmyk jej włosów? Po tym, jak sama go obcięła? Toć ten matoł wie, że Spowiedniczka nie może sama ścinać włosów, że sprawia jej to fizyczny ból. Dureń. Koniec. Zobaczymy, kiedy zmądrzeje. Gorzej, że ślubu nie było i jeszcze przyjdzie nam na niego poczekać.

Równolegle do książki oglądam serial. Z porównań już dawno zrezygnowałam. I słusznie. Bo sam w sobie serial nie jest najgorszy. Ot choćby scena niedoszłej egzekucji Mord-Sith Cary. Tak, ta postać sporo wniosła do opowieści. Albo to jak wyspowiadany (choć nie przez Kahlan) Richard ma - mówiąc wprost - zrobić jej dziecko. W książce już dawno znaleźli rozwiązanie problemu mocy Kahlan. W filmie ciągną to dalej. Pewnie dlatego, że zbyt wiele znaczy dla twórców napięcie między głównymi bohaterami. Jeśli już się teges, to trzeba będzie w inny sposób podkręcić atmosferę :P

Mrr... widział ktoś kiedyś zieloną kawę? W filiżance stoi - latte o smaku zielonej herbaty aromatyzowanej kwiatem wiśni. Japoński wynalazek :d zobaczymy czy przeżyję degustację.

Z hafcików na warsztacie zimowy zamek od Basi:
Photobucket

Na razie niewiele - kawałek zamku, troszkę niebieskiego śniegu. Malowana kanwa to męka, czasami nie wiadomo, który kolor w danym miejscu trzeba postawić. No i ten zielonkawy na ścianie dziwny, ale nie będę kombinować, bo gorzej spsuję :P

Jak mi się odwidzi, to chyba powoli zacznę dłubać jeszcze ten zestawik z postcrossingowej wymiany:
Photobucket

Nie mam bladego pojęcia czy wyjdzie, ale do odważnych świat należy.


Do północy niecałe 12 godzin... Ponieważ raczej nie baluję i nie obchodzę tej nocy, to już teraz wszystkim nielicznym czytaczom:

sobota, 26 grudnia 2009

parszywek

Parszywek czyli ja. Jak to jest, że głupie przeziębienie, zwykły katar rozkłada człowieka na łopatki? Człowieka, który z poważniejszymi dolegliwościami chodził zaliczać testy z gramatyki? I do tego uszy mi zatyka... błee...

Ale ja nie o tym. Ja dziś o Murakamim. Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland. Przeczytane głównie ze względu na niegasnącą miłość do szaroskrzydłych czyli Haibane Renmei.



Na początek pewne rozczarowanie. Murakamiego na polski tłumaczą 3 panie - z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że najlepiej radzi z nim sobie pani Anna Zielińska-Eliott. W jej wykonaniu te opowieści płyną, a język zyskuje nowe, specyficzne frazy. Może to kalki z oryginału (na co tłumacze powinni uważać), ale nadają historiom pewnego smaczku. Niestety, Koniec Świata... przeszedł przez warsztat pani Anny Horikoshi. Nie można powiedzieć, że to moja ulubiona tłumaczka Murakamiego. Zbyt wiele rzeczy wyjaśnia, zbyt wiele pojęć upraszcza. Dla czytelnika nieobeznanego choćby z kuchnią japońską może to i dobrze, ale dla osoby znającej przynajmniej podstawy takie dopowiadanie jest denerwujące.

Wracając do książki. Sekai-no owari-to hado boirudo wandarando to opowieść dwuplanowa. Tradycyjnie już u Murakamiego bohaterem jest 35-letni rozwodnik, któremu życie przecieka między palcami. Mężczyzna pracuje dla Systemu jako cyfrant, szyfrując dane, by nie dostały się w ręce symbolantów z Fabryki. Później wszystko okaże się mistyfikacją, a sam bohater - królikiem doświadczalnym genialnego profesora, którego zakochana w różu wnuczka przeprowadzi bohatera przez podziemne tunele.
Drugi świat, czyli tytułowy Koniec Świata to Miasto otoczone murem. W Mieście jest wszystko, czego potrzeba, choć zarazem nie ma najważniejszego. Ale ludziom tego najważniejszego nie brakuje. Ceną za "doskonały spokój" jest pozbycie się serca, a wraz z nim złych emocji: nienawiści, rozpaczy, smutku. A przecież nie można pozbyć się tego, nie poświęcając jednocześnie radości, szczęścia i miłości.

Nie mogę pozbyć się serca - myślałem. Nawet jeśli będzie mi z nim bardzo ciężko, znów przyjdzie kiedyś taka chwila, gdy moje serce poszybuje jak ptak na wietrze, a widok, jaki się przed nim roztoczy, obejmie całą wieczność. Potrafiło się przecież zanurzyć nawet w dźwięku tej małej harmonii.

Cyfrant na zawsze pogrąża się w swojej podświadomości, młodzieniec zostaje w Mieście. Dla obu Koniec Świata staje się w pewien sposób końcem. Obaj dopiero na koniec - gdy ich czas się kończy - zaczynają dostrzegać to, co naprawdę ważne i cenne.

Książkę czytało się nienajgorzej. Z przyjemnością odnajdywałam wszystkie elementy, miejsca i zdarzenia, które Yoshitoshi ABe zawarł w opowieści o skrzydlakach.
I to właśnie Haibane zostaną dla mnie prawdziwymi mieszkańcami Miasta na Końcu świata. Miasta Guri czy też Glie, otoczonego murem, który tylko ptaki mogą pokonać. Bo to właśnie to miasto uczy, jak iść naprzód. Jak dojrzewać, dorastać, wzlatywać. Jak pokonywać siebie i własne słabości.

niedziela, 20 grudnia 2009

Yes, we have to dream...

...czyli świeże wrażenia z First End.


Oh! My Goddess: First End to nowelka na podstawie anime, napisana przez Yumi Tohmę, która udzieliła głosu Urd.
Wpadła w moje łapki jakieś 2 tygodnie temu, przewędrowawszy cały ocean w paczce z Hameryki. Na początek szybkie przewertowanie kartek: w oczy rzuca się zwłaszcza okładka - namalowana przez samego Kosuke Fujishimę - i ilustracje - te autorstwa Hidenoriego Matsubary. Wszystkie dopracowane, dopieszczone, delikatnie wycieniowane... miodzio!

Ale przecież nowelka to nie tylko ilustracje. Recenzje na Amazonie były mocno podzielone co do historii i przemyśleń autorki. Zgodne były tylko w jednym punkcie: postacie były świetnie oddane. A to jak wiadomo największy problem wszelkiej maści fanfików: mniej lub bardziej OOC postaci. Z lekkimi obawami wrzuciłam więc książkę do plecaka i zaczęłam czytać w drodze powrotnej z Gdańska.

W skrócie historia przedstawia się tak. Dłuższy czas po zakończeniu serii Sorezore no Tsubasa (mangi nie czytałam, więc nie potrafię dokładniej określić kiedy) Yggdrasil zaczyna głupieć. Zaczyna się od pojedynczego błędu, który jednak nie pozostaje pojedynczy na długo. Keichii ginie w wypadku, a to niemal doprowadza do zniszczenia Niebios. Belldandy, Urd, Skuld i Peorth dochodzą do wniosku, że jedynym ratunkiem jest reset systemu - przywrócenie Yggdrasila do stanu tuż sprzed zawarcia przez K1 kontraktu z Belldandy. To jednak oznacza, że i boginki nie będą niczego pamiętać. Ale jak to mówią, show must go on.
Po tym trochę zakręconym i pospiesznym początku tempo akcji wraca do tego znanego z anime. Urd jakimś cudem (jakim - tego dowiemy się pod koniec) zachowuje pamięć i dzieli się nią z siostrami. Belldandy stara się za wszelką cenę nie zbliżać do K1, by nie dopuścić do powtórzenia się sytuacji. Wkrótce jednak chłopak wpada w coraz gorsze kłopoty, wobec których nawet moc boginki Pierwszej Klasy jest bezsilna. Czyżby podczas resetu coś poszło nie tak?

Czyta się to-to bardzo przyjemnie. Jest wszystko co potrzeba: humor, spokojne, zrelaksowane sceny, ale i trochę ciarek i niepokoju. Dodajmy do tego świetnie oddanych bohaterów: gapowatego i nieśmiałego K1, ciepłą, wiecznie zatroskaną o chłopaka Bell, wiecznie przekomarzającą się parę Urd-Skuld, Peorth z jej francuskimi wtrętami... miodzio!
Jak łatwo się domyśleć - nie zgadzam się z marudnymi recenzentami z Amazonu! Rozterki sprzed powtórnego resetu (ups, wygadałam się) są jak najbardziej usprawiedliwione, biorąc pod uwagę nie tylko kilka poprzedzających je scen z książki, ale i wątpliwości z serialu.
360 stron przemknęło i.. się skończyło ;( I nawet otwarte zakończenie, dające nadzieję na nową historię nie pomaga na żal, że to już koniec.


Ale ale, na półeczce czeka Murakami, a z Amazonu dosłownie przed chwilą wysłali potwierdzenie wysłania nowelki opartej na Onegai Teacher. Żyć nie umierać - jak rzekł pewien mądry człowiek.


Cudownie, nie? ^^

niedziela, 13 grudnia 2009

podróże, podróże

Wbrew pozorom nie będzie o nowym rozkładzie jazdy PKP, choć ów cały weekend mi zepsuł. Ani o tym, że jak się chce gdzieś dojechać to albo tanio, albo szybko, albo bezpiecznie. Nigdy wszystko naraz.

Będzie o Poszukiwaczu. czyli wrażenia z całej I serii i z pierwszych 558 stron książki (reszta jutro w pociągu).
Porównania z książką film nie wytrzymuje. Jest mocno "na motywach", a jeszcze bardziej "inspirowany". Dajmy na to Krwawy gniew czyli Con Dar - Kahlan za często i za łatwo w niego wpadała. Stracił moc oszałamiania. I trzeba było wymyślić coś innego na zakończenie. I o ile Kahlan, z dzidziusiem w ramionach, w roli żony Darken Rahla ma swój urok, to jednak wędrówki w czasie uważam za mocno przekombinowane.
Kolejny minus - to, co odróżniało bohaterów książki od tradycyjnych zbawiających świat rębajłów. Użycie mocy, zabójstwo - choćby usprawiedliwione - zawsze pociąga za sobą konsekwencje. Zarówno Richard jak i Kahlan cierpią po każdej walce, po każdej spowiedzi. Ja naprawdę rozumiem prawa filmu - jest walka, jest akcja, jest większa oglądalność. Ale Poszukiwacz pakujący się przy każdej okazji w bitkę czy Spowiedniczka radośnie spowiadająca każdego, kto się pod rękę nawinie... nie, dziękuję, postoję.
O drobnych niekonsekwencjach (choćby biała szata Kahlan nim została ona Matką Spowiedniczką) nie wspomnę, bo i po co :P

Za to plusy. Jeśli mówić o filmie w oderwaniu od książki, to ocena znacznie rośnie. Bo mamy i piękne widoki (coś ostatnio filmowcy Nową Zelandię sobie upodobali), i wartką akcję, i wyraziste postaci (no... prawie), i kilka wątków komediowych. Trochę drażnią odcinki moralizatorskie (1x6 Elixir - komu jeszcze buteleczki kojarzą się z drugami?), ale całość wypada nienajgorzej.
No i reżyser nie pomylił się wybierając do roli Kahlan i Richarda tych właśnie aktorów. Kilka scen - a nawet cały odcinek - zbudowanych na tej parze sprawiło, że kulałam ze śmiechu. Ot choćby Kahlan udająca żonę Richarda (1x17 Whisperers) czy para złodziejaszków magicznie przebrana za naszych bohaterów (1x18 Mirror)... O Conversion (1x15) chwalonym przez wielu nie wspominając.


Teraz tylko mam problem: czy czekać na Kamień Łez (w wypożyczeniu do końca roku) i obejrzeć II sezon później (czyt. jak wyjdzie więcej niż 6 odcinków) czy już teraz zacząć oglądać, a później czekać do stycznia na książkę i filmu ciąg dalszy?
Okaże się jutro, jak porwę z biblioteki Koniec Świata i Hard-Boiled Wonderland Murakamiego.


Czas wracać do Kopciuszkowej robótki czyli rozdzielania koralików kolorami. Później będzie można szaleć :D


...suteki da ne?

środa, 9 grudnia 2009

...

Dorastamy
Wyrastamy
Błękit nieba w oczach mamy


Czyt. zaczyna mi odbijać od tych wszystkich tłumaczeń. Człowiek zaczyna z rozpędu sadzić rymy czy inne poetyckości nawet jak w oryginale ich nie ma.
Albo głupieje po powtórce z interpunkcji i fleksji i już nie wie, gdzie wstawić apostrof, a gdzie przecinek. Bo co z tego, że mamy zasady? Przecież od zasad są wyjątki. A później zasady wyjątków i wyjątki od zasad wyjątków, o wyjątkach od wyjątków nie wspominając. Krótko mówiąc: rzeź niewiniątek.

Byle przetrwać ten wykład.

I faktycznie: Legend of the Seeker nijak się ma do filmowego Miecza Prawdy. Jeszcze nie wiem, co lepsze - dopiero 1/4 książki za mną. Ale na ten przykład Kahlan jest bardziej ludzka. I może to i dobrze, że wolniej odkrywa się przed Richardem? Ciekawe, jak rozwiązali to finałowe porażenie mocą w filmie... (Tak, tak, nie mogłam się powstrzymać i podejrzałam zakończenie. As usual...)

Byle do piątku.

Błękit nieba
Błękit marzeń
Co nam jeszcze się przydarzy?