Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legend of the seeker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legend of the seeker. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 kwietnia 2010

jeszcze o modlitwie

Od jakiegoś czasu noszę jerozolimski różaniec w tej samej kieszeni co mp3. W drodze na uczelnię sięgam po muzykę, a palce trafiają na koraliki - i muzyka czeka na swoją kolej :)

Ale nie o tych chciałam. Podzielić się takim przydługim fragmentem prozy chciałam.

Terry Goodkind, Pożoga
– Prowadź nas, mistrzu Rahlu – zaczęli zebrani, może jeszcze niezbyt harmonijnie. Skłonili się niżej i dotknęli czołami posadzki.
– Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. – To już było bardziej unisono.
Berdine też dotykała czołem posadzki, a mimo to zdołała groźnie łypnąć na Vernę. Ta przewróciła oczami i również się pochyliła, dotykając czołem posadzki.
– Chroń nas, mistrzu Rahlu – mruknęła, dołączając do modłów. Znała te słowa i już raz je wypowiedziała, i to przed samym Richardem. – Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Verna zastanawiała się z goryczą, jak Richard zdoła kogokolwiek ochronić, jeżeli natychmiast nie dołączy do d'harańskiej armii.
Zgromadzony tłum cicho zaintonował modły.
– Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Verna przechyliła się odrobinę ku Berdine i wyszeptała:
– Ile razy będziemy to powtarzać?
Berdine, z miną typowej Mord-Sith, rzuciła Vernie surowe spojrzenie. Nic nie powiedziała. Nie musiała. Verna rozpoznała owo spojrzenie. Sama niezliczone mnóstwo razy tak patrzyła na nowicjuszki, które się nieodpowiednio zachowywały, oraz na upartych młodych czarodziejów. Spuściła więc oczy na płytę posadzki i odmawiała modły wraz z innymi.
Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Ciche, śpiewne modły, odmawiane jednym głosem przez zgromadzony tłum, niosły się echem przez korytarze.
Po surowym spojrzeniu Berdine Verna uznała, że najlepiej będzie, jeśli zachowa dla siebie swoje zastrzeżenia, i odmawiała modły razem ze wszystkimi. Miękko wymawiała słowa, świadomie, myśląc o tym, ileż to razy się sprawdziły w jej życiu. Richard zaś wszystko w nim zmienił. Verna uważała, że najważniejszym zadaniem Sióstr jest założenie obroży chłopcom mającym dar i szkolenie ich w posługiwaniu się owym darem. Richard wybił jej z głowy to niedorzeczne przekonanie, nauczył ją pokory. Wszystko zmienił, zmusił ją, żeby raz jeszcze wszystko przemyślała. Gdyby nie Richard, pewnie by się nigdy nie zeszli z Warrenem i ich wzajemna sympatia nie przerodziłaby się w miłość. Richard dał jej to, co było w jej życiu najwspanialsze.
Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Modły szeptane przez wszystkich zebranych zlały się w jeden nabożny chór, który narastał, póki nie wypełnił rozległego holu.
Verna nawet w takim tłumie czuła się bardzo samotna. Aż do bólu tęskniła za Warrenem. Odgrodziła murem swoje uczucia, unikała takich myśli, unikała ludzi, żeby sobie oszczędzić bólu, który nieustannie się w niej tlił. A teraz nagle wzięła nad nią górę udręka, okropna świadomość, jak straszliwie tęskni za Warrenem, jak ogromnie go kochała. Był najwspanialszym darem od życia – i odszedł, nie było go już. Zapłakała z bezsilnej rozpaczy. Czuła się taka osamotniona.
Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twój a mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Verna stłumiła szloch, wspominając, jak ostatni raz całowała Warrena, kiedy umierał. To był najokropniejszy moment w całym jej życiu. Tyle już upłynęło czasu, a jej wciąż się zdawało, że to było wczoraj. Tak ogromnie za nim tęskniła, że serce jej pękało.
Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Verna razem ze wszystkimi wymawiała słowa modłów, wlewając w nie swoje uczucia. Powtarzała je i powtarzała, miarowo, bez pośpiechu. Wypełniły jej umysł. Płakała, wspominając czas spędzony z Warrenem. Wspominała jego ostatnie, skierowane do niej słowa: „Pocałuj mnie, póki jeszcze żyję. I nie opłakuj końca, ale pomyśl, jakie piękne życie mieliśmy. Pocałuj mnie, moja miłości".
Dręczyły ją ból i tęsknota. Jej świat zamienił się w popiół. Nic jej nie obchodziło, nie ciekawiło, nie miało dla niej znaczenia. Chciałaby już umrzeć.
Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twój ej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Verna tłumiła szloch i odmawiała modły. Nie dbała o to, czy ktoś się jej przygląda.
To było zupełnie bez sensu; młodzian, który niczego nie potrafił, niczym się nie interesował, niczego nie cenił, nic nie był wart i do niczego się nie nadawał – zabił Warrena, żeby dowieść swojej lojalności i wierności naukom Imperialnego Ładu, tezom, że ludzie tacy jak Warren nie mają prawa żyć według własnej woli, lecz powinni się poświęcać dla takich jak ów morderca.
Richard walczył o to, żeby to wynaturzenie się skończyło. Wszelkimi dostępnymi mu środkami walczył z tymi, którzy roznosili po świecie takie bezsensowne okrucieństwo. Poświęcił się walce o wyplenienie tego wynaturzenia, żeby już nikt nie tracił najbliższych, jak Verna utraciła Warrena. Richard doskonale rozumiał jej cierpienie.
Verna zatraciła się w rytmicznym zaśpiewie. Richard opowiadał się za tym wszystkim, co było celem także jej życia – rzetelnością, sensownością, celowością. Zanoszenie modłów do takiego człowieka wcale nie było bluźnierstwem, było całkiem zrozumiałe i słuszne. W pewnym sensie – przez wzgląd na to, kim Richard był i za czym się opowiadał – był to hołd składany życiu, a nie czemuś złudnemu.
Richard był dobrym przyjacielem Warrena, jego pierwszym prawdziwym przyjacielem. Richard wyciągnął Warrena z podziemi na słońce, na świat. Warren kochał Richarda.
Śpiewna recytacja przynosiła ukojenie. Verna poczuła dotknięcie ciepłych słonecznych promieni, które się przedarły przez chmury. Spływał na nią łagodny, złocisty blask. Otulał ją ciepłem, które przenikało aż do wnętrza jej duszy.
Warren by chciał, żeby się cieszyła całą wspaniałością i pięknem życia, dopóki je ma.
Kojące ciepło słonecznego blasku sprawiło, że po raz pierwszy od bardzo dawna zaznała spokoju.
Prowadź nas, mistrzu Rahlu. Nauczaj nas, mistrzu Rahlu. Chroń nas, mistrzu Rahlu. Rozkwitamy w twojej chwale. Osłania nas twoje miłosierdzie. Twoja mądrość przerasta nasze zrozumienie. Żyjemy tylko po to, żeby ci służyć. Nasze życie należy do ciebie.
Wolno powtarzane słowa modłów przepełniły Vernę, klęczącą w cieple słonecznych promieni, głębokim spokojem i radosnym poczuciem wspólnoty, jakich nigdy przedtem nie zaznała. Szeptała słowa, pozwalając, by zabierały ze sobą ciernie bólu. Klęczała, opierając czoło o płyty posadzki, wkładając serce i duszę w wypowiadanie słów – i czuła się wolna od wszelkich trosk i zmartwień, przepełniona radością życia i czcią dla niego. Modliła się wraz z innymi, skąpana w łagodnym blasku słońca. Był tak ciepły i opiekuńczy. Czuły. Zupełnie jak uścisk ramion Warrena.
Modliła się i modliła, wraz z pozostałymi, nieprzerwanie, a czas mijał – nieistotny, niezauważalny, bez znaczenia.
Dzwon zabrzmiał dwa razy – niskim, aksamitnym dźwiękiem – na znak, że modły się zakończyły, lecz Verna wiedziała, iż na zawsze już z nią pozostaną.
Poczuła na ramieniu czyjąś dłoń i podniosła wzrok. To była Berdine – uśmiechała się do niej. Verna się rozejrzała i stwierdziła, że większość ludzi już się rozeszła. Tylko ona jedna nadal klęczała przy sadzawce, dotykając czołem płyt posadzki. Berdine klęczała obok niej.
– Wszystko w porządku, Verno? Verna się wyprostowała, dalej klęcząc.
– Tak... ale tak przyjemnie w tym słońcu.
Berdine zmarszczyła brwi. Popatrzyła na krople deszczu uderzające o powierzchnię sadzawki.
– Cały czas padało, Verno. Ksieni wstała, rozglądając się.
– Ale... ja to czułam. Widziałam padający na mnie snop promieni.
Berdine zrozumiała, dotknęła ramienia Verny.
– Rozumiem.
– Tak?
Berdine potaknęła, uśmiechając się współczująco.
– Udział w modłach pozwala nam zastanowić się nad naszym życiem i zarazem przynosi ukojenie i pociechę. Może ktoś, kogo kochasz, zjawił się, żeby cię pocieszyć.
Verna wpatrywała się w łagodny uśmiech Mord-Sith.
– Czy i tobie się to przydarzyło?
Berdine przełknęła ślinę, kiwając głową, a pełne łez oczy dodatkowo to potwierdziły.

piątek, 19 marca 2010

tak sobie...

Czasem to aż słów brak, jak człowiek może być głupi. Już sobie obiecywał, że się poprawi. Że koniec, bo ile można te same błędy popełniać. I co? I pupa. Jestem beznadziejna...
Jutro nowy dzień. Obym się pozbierała, bo czasu coraz mniej.

But I'd rather have you, all of you just the way you are, than everything else with someone who is not you.

Richard. Do Kahlan. Po tym jak się okazało, że jednak dalej nie mogą być razem, bo ona jest Spowiedniczką, a producent nie chce tego rozwiązać tak jak w książce.
Ale do mnie te słowa trafiają jeszcze w inny sposób. Bo ktoś też chce mnie taką, jaka jestem. Ze wszystkimi ułomnościami, słabościami, głupotami... Mnie, a nie kogoś innego...

I znowu Turbo i pytania o miniony dzień...



A to dla Dorotki :) Może uda się wylosować takiego ślicznego kociaczka, jakiego chce w dobre ręce oddać Sabinka. A wtedy moje maleństwo dostałoby prezent na poprawę humoru przed maturkami.

sobota, 13 marca 2010

Jensenn, Oba i reszta Rahlów

Wrr... jakbym mogła, to bym w łeb przylała. Albo gorzej. I przez niego Althea nie żyje ;((((

Oto prawdziwe mistrzostwo - tak stworzyć postaci, żeby czytelnik się nie tyle przywiązał, co odczuwał pewne emocje - dobre i złe. Jeśli Oba doprowadza mnie do szewskiej pasji, a los Althei wzbudza współczucie i nadzieję, że Rysiu naprawi to, co spartolił jego porąbany tatko - to znaczy, że Goodkindowi się udało. Historia może być przewidywalna, opierać się na powtarzanych schematach - ale postaci są żywe i żyjące. I dlatego w takich chwilach człowiek odkłada na bok książkę, żeby ochłonąć.

Suteki da ne? ^^

piątek, 8 stycznia 2010

Paczka, nargile i inne takie

Yo! Witam w piątkowe popołudnie :D
Dojechałam doma w jednym kawałku. Nawet. A że pociąg przedziałowy podjechał i tłumów nie było, to i napiski do Arii podłubałam. Prawie cały 14 odcinek wyszedł. Niby Tenshi ciągnie dalej, ale wolę zrobić swoje. Po pierwsze uno zgodne z konwencjami Wanderera (pierwszego tłumacza), po drugie uno jednak trochę poprawniejsze :P
A jak już się chwalę (nie chełpię :P), to u Łucji z poświadczonych 90% za testament Hemingwaya dostałam :D

W kwestii tłumaczeń. Fale mają wprost nieprzebrane możliwości ruchów: od rozbijania się, przez napieranie i wzbieranie, aż po piętrzenie :P Dobrego kwadransa potrzeba na omówienie wszystkich i wybranie tego właściwego, ukazującego ruch pionowy w górę :P A płomyki świec mogą pełgać, o czym nie wszyscy wiedzą :D

Z serii o Królu Maciusiu:
Zgodnie z pewną teorią (nazwiska autora nie dosłyszałam) jeśli książka kończy się ślubem, to jest komedią, jeśli śmiercią - to tragedią. W związku z tym stwierdzam, co następuje: Pierwsze prawo magii to tragedia, bo ginie Darken Rahl, Kamień Łez to komedia, bo Richard i Kahlan się... no rozumiecie :D
Lord Jim wymęczony razem z jego napastliwościami, Ogólną Zaradnością i mediumicznym Marlowem. Kurczaczek, muszę zacząć robić notatki, bo zanim siądę do bloga to połowę lepszych tekstów z tych zajęć zapominam :/
Anyway - Alicja w Krainie Czarów. I w pewnym momencie człowiek nie wie, kto był na większym haju - autor, tłumacz czy Alicja :P A już na pewno Pan Gąsienica, który nie wiedzieć kiedy stał się pan, został pozbawiony koloru przez Projekt Gutenberg, a w dodatku pali hookah, czyli nargile, czyli wielką fajkę :D
Koniec. Wystarczy, że pannę M. trzeba było budzić, bo chrapać zaczynała.

Paczka doszła. Z Amazona. Z nowelką na podstawie Onegai Teacher. Andrzej się pluje, że jak można czytać nowelki :P Facet, nie zna się. Będzie co czytywać w pociągu, zwłaszcza że Kamień Łez doczytany, a trzeci tomik zaklepany więc już poczekam, nie będę czytać na kompku.

Właśnie. Kamień Łez. Dalej nie mam pojęcia, co Richard zrobił Rahlowi, a przejście Denny do grona dobrych duchów uważam za mocno naciągane, ale oczywiście znowu jestem pod wrażeniem. Na przykład, jak ten dureń Cypher musiał pogonić Gratcha, żeby zrozumieć, co zrobiła dla niego Kahlan. I lubię Vernę. I podobała mi się końcówka - nie samo tegesowanie, ale i wcześniej - jak Kahlan odesłała Orska do swojego pokoju :P I jak Richard się zabijał, ale przez całe popołudnie gapił się na jej włosy, a potem poszedł na zupę, bo przecież "zabić jeszcze się zdąży". Faceci...

Na polu robótkowym powoli do przodu z zimowym pejzażem, ale już za ciemno, żeby fotoska robić. Jutro będzie. Jutro też polowanie na plastikową kanwę - jeśli znajdę, to parę zawieszek będzie w nagrodach nowego forumkowego konkursu, tym razem nie mojego :D

Suteki da ne?

czwartek, 31 grudnia 2009

dureń!

No dureń, proszę państwa, dureń! Prawda że dureń? Bo inaczej tego nazwać nie można. Pacan zwykły. No dobrze, po kolei.
Nie mam na myśli człowieczka, który wciąż jeszcze nie oddał Kamienia Łez, ani tego, który już wypożyczył następny tom. W sieci można znaleźć wszystko, więc człowiek jakoś tam czytywuje w innej postaci. Choć bez tego tomiszcza na kolanach, bez zapachu papieru i przewracania sczytanych kartek to już nie to samo.

Ale. Wracając do naszego durnia. Jak łatwo się domyślić mam na myśli Richarda Cyphera-Rahla. Ja rozumiem, że siostra Verna (która nawiasem mówiąc raczej nie należy do Sióstr Światła a tego drugiego, ukrywającego się zakonu) namotała mu w głowie i odwróciła pierwsze prawo magii przeciwko niemu. Ja rozumiem, że poczuł się zdradzony przez Kahlan, gdy kazała mu założyć obrożę. Ale wyrzucać kosmyk jej włosów? Po tym, jak sama go obcięła? Toć ten matoł wie, że Spowiedniczka nie może sama ścinać włosów, że sprawia jej to fizyczny ból. Dureń. Koniec. Zobaczymy, kiedy zmądrzeje. Gorzej, że ślubu nie było i jeszcze przyjdzie nam na niego poczekać.

Równolegle do książki oglądam serial. Z porównań już dawno zrezygnowałam. I słusznie. Bo sam w sobie serial nie jest najgorszy. Ot choćby scena niedoszłej egzekucji Mord-Sith Cary. Tak, ta postać sporo wniosła do opowieści. Albo to jak wyspowiadany (choć nie przez Kahlan) Richard ma - mówiąc wprost - zrobić jej dziecko. W książce już dawno znaleźli rozwiązanie problemu mocy Kahlan. W filmie ciągną to dalej. Pewnie dlatego, że zbyt wiele znaczy dla twórców napięcie między głównymi bohaterami. Jeśli już się teges, to trzeba będzie w inny sposób podkręcić atmosferę :P

Mrr... widział ktoś kiedyś zieloną kawę? W filiżance stoi - latte o smaku zielonej herbaty aromatyzowanej kwiatem wiśni. Japoński wynalazek :d zobaczymy czy przeżyję degustację.

Z hafcików na warsztacie zimowy zamek od Basi:
Photobucket

Na razie niewiele - kawałek zamku, troszkę niebieskiego śniegu. Malowana kanwa to męka, czasami nie wiadomo, który kolor w danym miejscu trzeba postawić. No i ten zielonkawy na ścianie dziwny, ale nie będę kombinować, bo gorzej spsuję :P

Jak mi się odwidzi, to chyba powoli zacznę dłubać jeszcze ten zestawik z postcrossingowej wymiany:
Photobucket

Nie mam bladego pojęcia czy wyjdzie, ale do odważnych świat należy.


Do północy niecałe 12 godzin... Ponieważ raczej nie baluję i nie obchodzę tej nocy, to już teraz wszystkim nielicznym czytaczom:

niedziela, 13 grudnia 2009

podróże, podróże

Wbrew pozorom nie będzie o nowym rozkładzie jazdy PKP, choć ów cały weekend mi zepsuł. Ani o tym, że jak się chce gdzieś dojechać to albo tanio, albo szybko, albo bezpiecznie. Nigdy wszystko naraz.

Będzie o Poszukiwaczu. czyli wrażenia z całej I serii i z pierwszych 558 stron książki (reszta jutro w pociągu).
Porównania z książką film nie wytrzymuje. Jest mocno "na motywach", a jeszcze bardziej "inspirowany". Dajmy na to Krwawy gniew czyli Con Dar - Kahlan za często i za łatwo w niego wpadała. Stracił moc oszałamiania. I trzeba było wymyślić coś innego na zakończenie. I o ile Kahlan, z dzidziusiem w ramionach, w roli żony Darken Rahla ma swój urok, to jednak wędrówki w czasie uważam za mocno przekombinowane.
Kolejny minus - to, co odróżniało bohaterów książki od tradycyjnych zbawiających świat rębajłów. Użycie mocy, zabójstwo - choćby usprawiedliwione - zawsze pociąga za sobą konsekwencje. Zarówno Richard jak i Kahlan cierpią po każdej walce, po każdej spowiedzi. Ja naprawdę rozumiem prawa filmu - jest walka, jest akcja, jest większa oglądalność. Ale Poszukiwacz pakujący się przy każdej okazji w bitkę czy Spowiedniczka radośnie spowiadająca każdego, kto się pod rękę nawinie... nie, dziękuję, postoję.
O drobnych niekonsekwencjach (choćby biała szata Kahlan nim została ona Matką Spowiedniczką) nie wspomnę, bo i po co :P

Za to plusy. Jeśli mówić o filmie w oderwaniu od książki, to ocena znacznie rośnie. Bo mamy i piękne widoki (coś ostatnio filmowcy Nową Zelandię sobie upodobali), i wartką akcję, i wyraziste postaci (no... prawie), i kilka wątków komediowych. Trochę drażnią odcinki moralizatorskie (1x6 Elixir - komu jeszcze buteleczki kojarzą się z drugami?), ale całość wypada nienajgorzej.
No i reżyser nie pomylił się wybierając do roli Kahlan i Richarda tych właśnie aktorów. Kilka scen - a nawet cały odcinek - zbudowanych na tej parze sprawiło, że kulałam ze śmiechu. Ot choćby Kahlan udająca żonę Richarda (1x17 Whisperers) czy para złodziejaszków magicznie przebrana za naszych bohaterów (1x18 Mirror)... O Conversion (1x15) chwalonym przez wielu nie wspominając.


Teraz tylko mam problem: czy czekać na Kamień Łez (w wypożyczeniu do końca roku) i obejrzeć II sezon później (czyt. jak wyjdzie więcej niż 6 odcinków) czy już teraz zacząć oglądać, a później czekać do stycznia na książkę i filmu ciąg dalszy?
Okaże się jutro, jak porwę z biblioteki Koniec Świata i Hard-Boiled Wonderland Murakamiego.


Czas wracać do Kopciuszkowej robótki czyli rozdzielania koralików kolorami. Później będzie można szaleć :D


...suteki da ne?

środa, 9 grudnia 2009

...

Dorastamy
Wyrastamy
Błękit nieba w oczach mamy


Czyt. zaczyna mi odbijać od tych wszystkich tłumaczeń. Człowiek zaczyna z rozpędu sadzić rymy czy inne poetyckości nawet jak w oryginale ich nie ma.
Albo głupieje po powtórce z interpunkcji i fleksji i już nie wie, gdzie wstawić apostrof, a gdzie przecinek. Bo co z tego, że mamy zasady? Przecież od zasad są wyjątki. A później zasady wyjątków i wyjątki od zasad wyjątków, o wyjątkach od wyjątków nie wspominając. Krótko mówiąc: rzeź niewiniątek.

Byle przetrwać ten wykład.

I faktycznie: Legend of the Seeker nijak się ma do filmowego Miecza Prawdy. Jeszcze nie wiem, co lepsze - dopiero 1/4 książki za mną. Ale na ten przykład Kahlan jest bardziej ludzka. I może to i dobrze, że wolniej odkrywa się przed Richardem? Ciekawe, jak rozwiązali to finałowe porażenie mocą w filmie... (Tak, tak, nie mogłam się powstrzymać i podejrzałam zakończenie. As usual...)

Byle do piątku.

Błękit nieba
Błękit marzeń
Co nam jeszcze się przydarzy?