Bo czasem raz to za mało, a czasem dopiero po razie nastym dociera się do pewnych odkryć.
I tak na ten proszę was przykład - litania.
Kolejny raz odprawiam nowennę z litanią dominikańską. Pierwszy raz człowiek się przez nią czołgał, bo intencja bardzo ważna. Drugi raz - wstyd się przyznać - szukał skrótów i uproszczeń. I dopiero teraz, trochę przez łzy, a trochę pozwalając sobie na uspokojenie tym dość jednostajnym rytmem, odkrycie:
Litania to jedno wielkie wazeliniarstwo!
No bo ja Was proszę. Choćby ta dominikańska. Maryjo, Królowo cudowna. Aniołom podobna. Najśliczniejsze stworzenie. Przyjaciółko niezrównana... Czy to nie jest bezczelne komplementowanie Mateńki, żeby się za nas modliła i uprosiła, co komu tam potrzeba? :)
Odkrycie drugie - litania to jednak lepiej się sprawdza w odmawianiu samemu. Bo - w czasie nabożeństwa - jest rytm, wszyscy razem, więc się w ten rytm włączam, w pewnym momencie - nawet niekoniecznie świadomie - się wyłączam i po prostu lecę, płynę.
A samemu? Mam w myślach intencję, trzymam ją mocno i nagle jedno z wezwań - bum, na temat! No to chwila pauzy, zawieszenia na tym wezwaniu. Może nawet rozwinięcie intencji. Albo. Jest intencja, ale nagle któreś z wezwań przynosi na myśl inną sprawę, innego człowieka. No to tak samo - bach, chwila oddechu, doplatamy go do modlitwy. Wspólnotowo - nie ma szans na ten oddech.
I wreszcie odkrycie trzecie. Najpokorniejsza modlitwa? Taka z naprawdę największym zaufaniem, że Góra wie, czego potrzeba? Zdrowaś Maryjo. Powaga! Prześledźcie sobie Ojcze nasz i policzcie na palcach prośby. Aniele Boży? Pod Twoją obronę?
A teraz jeszcze raz Pozdrowienie anielskie. Długo-dużo ciepłych słów dla Mateńki i dopiero na koniec jedna nieśmiała prośba: Módl się!
No to Amen. Bo ostatnio jest totalnie suteki!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekolekcje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rekolekcje. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 3 października 2013
czwartek, 10 maja 2012
infidelitatis
A ja znowu o tym samym.
A już miałam nadzieję, że nie będzie trzeba.
Ale jak może nie być trzeba, skoro nawet wierność może prowadzić do zdrady.
Kiedy te dwa zwycięskie tygodnie podnosza głowę w radości tak wysoko, że ta drobna nierówność na ścieżce umyka uwadze.
I wtedy nie zostaje nic innego, jak powtórzyć za Karolem Antoniewiczem:
Nie zasłużyłem, abyś mnie pocieszył,
bom przez czas długi tak od Ciebie stronił;
[...]
Dziś - pod krzyżem stoję, bo już bez Ciebie dłużej żyć nie mogę!
[...]
Czyń, co chcesz ze mną, pod krzyżem zostanę:
krzyż był kolebką - krzyż mym grobem będzie.
*miało być w wersji śpiewanej, ale ciężko znaleźć taką porządną ^^
By tym razem przysięga wierności nie poszła na marne.
***
A brzmiało znajomo, bo Twardowski pisał tak:
A już miałam nadzieję, że nie będzie trzeba.
Ale jak może nie być trzeba, skoro nawet wierność może prowadzić do zdrady.
Kiedy te dwa zwycięskie tygodnie podnosza głowę w radości tak wysoko, że ta drobna nierówność na ścieżce umyka uwadze.
I wtedy nie zostaje nic innego, jak powtórzyć za Karolem Antoniewiczem:
Nie zasłużyłem, abyś mnie pocieszył,
bom przez czas długi tak od Ciebie stronił;
[...]
Dziś - pod krzyżem stoję, bo już bez Ciebie dłużej żyć nie mogę!
[...]
Czyń, co chcesz ze mną, pod krzyżem zostanę:
krzyż był kolebką - krzyż mym grobem będzie.
*miało być w wersji śpiewanej, ale ciężko znaleźć taką porządną ^^
By tym razem przysięga wierności nie poszła na marne.
***
A brzmiało znajomo, bo Twardowski pisał tak:
| Dziękuję ci że nie jest wszystko tylko białe albo czarne za to że są krowy łaciate bladożółta psia trawka kijanki od spodu oliwkowozielone dzięcioły pstre z czerwonom plamą pod ogonem pstrągi szaroniebieskie brunatnofioletowa wilcza jagoda złoto co się godzi z każdym kolorem i nie przyjmuje cienia policzki piegowate dzioby nie tylko krótkie albo długie przecież gile mają grube a dudki krzywe za to że niestałość spełnia swe zadanie i ci co tak kochają że bronią błędów tylko my chcemy być wciąż albo - albo i jesteśmy na złość stale w kratkę *** A ja - na przekór - w kolorowe ciapki. |
czwartek, 9 lutego 2012
bo H. prosił o nową notkę :)
L. zaczął odkładać fundusze na bilet do i z Poznania. Dla mnie znaczy. Taniej by mu chyba wyszło przepisać ten artykuł w bibliotece, ale kto tam zrozumie faceta.
Pan A. tak samo. Ledwo wyjechałam, już zaczął marudzić, że mam wracać. Że on nawet bilet ufunduje.
Co im odbiło? :)
Jasne, Pierwsza powiedziała mi ostatnio, że jestem cudem Bożym. Bo zaraz po urodzeniu nie oddychałam, a jednak jestem tu i trzymam się całkiem nieźle. Fakt, to cud, że stworek, któremu na początku nie za bardzo chciało się żyć (bo jak inaczej wyjaśnić ten bezdech i inne kiepskie parametry?) - że ten stworek po dwudziestu kilku latach wciąż żyje i stara się... wróć, próbuje - stara się to trochę za mocne określenie - próbuje żyć dla innych.
Tak mnie sobie Pan Bóg zaplanował. Żebym wpadła na kilka osób i przyniosła im przynajmniej troszkę radości, przynajmniej troszkę ciężaru zabrała z ich ramion. Wyznaczył mi zadanie i jeszcze trochę potrwa, zanim do końca wywiążę się z umowy.
Na razie mam wrażenie, że wciąż jestem na okresie próbnym/w trakcie szkolenia. Do prawdziwej posady brakuje mi trochę stażu i doświadczenia ;)
Mam tylko ostatnio taką cichą nadzieję, że ten Jego wynalazek (znaczy się ja) - ma wydłużoną gwarancję. Bo nie zawsze pamiętam o przestrzeganiu instrukcji obsługi. A jeśli nawet staram się pamiętać, to zawsze - ale to zawsze - przyłazi taki jeden, czarny rozczochrany, od konkurencji. Twierdzi, że on zna lepszy sposób, żeby to działało. No i człowiek daje się nabrać. A później już sam nie wie, dlaczego ta nie wszystko gra, skoro przecież przestrzega instrukcji (tej nowej)...
Na razie staram się częściej zaglądać do manuala. A w najbliższych dniach - zadzwonić, a właściwie przejść się do helpdeska. Może jeszcze gwarancja obowiązuje i naprawią mnie gratis i od ręki? ^^
środa, 14 grudnia 2011
mój Anioł Stróż
Mój Anioł Stróż nie ma ze mną łatwego życia.
Pewnie, przez te dwadzieścia kilka lat, które się znamy, wypracowaliśmy sobie wcale dobre porozumienie. Komunikacja - o ile tylko ktoś lub coś jej nie zakłóca - działa między nami nie najgorzej.
Z takim Aniołem życie jest łatwiejsze. Bo a to podpowie na jakimś teście, a to szepnie, żeby jeszcze raz spojrzeć w przepis (i nagle odkrywam, że zapomniałam dodać cukru do ciastek :P). A to - niby zupełnym przypadkiem - pociągnie w tę czy tamtą stronę i odkrywam coś, co przynosi radość.
Ale mój Anioł nie ma ze mną łatwego życia.
Bo jak ten uparty pięciolatek, wszystkiego muszę dotknąć, wszystko muszę zbadać.
I nieważne, że mama powiedziała, że w gniazdku kopie prąd, a wrzątek parzy. Nieważne, że raz czy dwa przekonałam się o tym na własnej skórze.
Wciąż uparcie pcham tam paluchy.
Prawda, ostatnio nauczyłam się prosić Anioła o pomoc. I on pomaga. Kiedy widzi, że znowu bierze mnie ta niezdrowa ciekawość, trzepie skrzydłem po palcach.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to że gdy tylko się na chwilkę odwróci, gdy na moment spuści mnie z oka - ja wracam do swoich eksploracji.
I jak zwykle - kończy się to marnie.
Wtedy się wstydzę i próbuję się schować przed swoim Aniołem. Chowam się w głęboki kąt i próbuję nie płakać (bo przecież usłyszy, znajdzie mnie i zruga).
A on tylko przysiada nieopodal, wyciąga paczkę chusteczek i przytula, gdy wreszcie wyłażę, żeby wydmuchać łzy z nosa.
Rzecz jasna, kiedy potrzeba, to i zrugać potrafi. Ale chyba nie ma serca mnie łajać, kiedy sama mam siebie dość.
Dlatego, utulona jego skrzydłami, próbuję jeszcze raz. Żeby przy okazji jakieś anielskiej imprezy czy corocznej oceny nie musiał się za mnie wstydzić.
Mój Anioł Stróż nie ma ze mną łatwego życia.
Ale chyba nie ma mi tego za złe.
Przecież gdyby tak było, nie zerkałby mi teraz przez ramię i nie podszeptywał dalszych słów.
Nie podpowiadałby tych zwariowanych pomysłów, którymi od czasu do czasu udaje nam się przywołać uśmiech na czyjejś twarzy.
Mój Anioł Stróż... jeszcze o nim nie raz usłyszycie ^^
niedziela, 9 października 2011
ON
Miałam spędzić ten weekend na Roli. Z pewnym Człowiekiem.
Nie wyszło. Bóg miał własne plany, życie dopada też tych najwspanialszych.
Wczoraj nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Żeby nie myśleć, żeby nie płakać - zakopałam się w lekturze. Trochę pomogło.
Trochę.
Dziś - już przed Mszą - wiedziałam, że coś się będzie działo. Bo postawiłam Mu warunek pójścia do spowiedzi (tak, ja - Jemu! czasem lubię, jak mnie rozpieszcza ;)). Spełnił go w kilka minut.
I choć jeszcze chciało mi się płakać (bo wiecie, dwa lata to kupa czasu - człowiek zdąży się trzy razy co najmniej stęsknić za zwykłym uściskiem) - to już wiedziałam, co mam zrobić.
Zostałam na koncercie. Co ja gadam, koncercie - UWIELBIENIU.
Kto liczył na dobrą muzykę - wyszedł w trakcie. Kto pozwolił się porwać Duchowi, kto pozwolił, by modlitwa, śpiew i taniec stały się modlitwą, uwielbieniem, darem - tego Duch porwał i poniósł.
Wysoko. Pod samiusieńkie Niebo.
Zaprosiłam ich tam do siebie. Tych nieobecnych, do których co jakiś czas wyrywa się serce. A zwłaszcza tego jednego Człowieka.
Posłałam Skrzydlatego i... Tak, otoczyli mnie swoją obecnością. Tak bardzo czułam ich miłość - i Jego Miłość - że ogarnął mnie spokój, jakiego dawno nie zaznałam.
Nieważne, że dwa metry dalej stał głośnik, że zespół szalał na gitarze i perkusji, że ludzie wokół śpiewali ile fabryka dała - ja stałam w bezruchu, niemal śpiąc na stojąco. Nie było trzeba nic. Zupełnie nic.
Czułam się kochana i bezpieczna. W dłoni mojego BOGA.
A później pobiegłam do domu. Ktoś powie: "Głupia, po co biegła, skoro pogoda akurat na przyjemny wieczorny spacer".
Bo mogę.
Bo mam te dwie nogi, które choć czasem odstawiają różne numery, to jednak poniosą mnie ulicami.
Bo mam te płuca, które jeszcze jakiś czas temu buntowały się po 10-15 metrach biegu, a teraz pozwalają przebiec przynajmniej całą ulicę.
Bo żyję.
Siła i moc moja w Tobie
Siła i moc moja w TOBIE!
Amen.
wtorek, 20 września 2011
przekorna miłość Pana Zastępów
Wiem, wiem - u Izajasza ta miłość była zazdrosna. Ale u mnie tym razem będzie (a właściwie była) przekorna.
Ale po kolei - najpierw ważnych odkryć i nauki ciąg dalszy. Później ciutka dzielenia się wrażeniami z czuwania skrzatuskiego. A na koniec - jak ta wisienka na torcie - o tej przekornej Miłości.
A więc nauka. Ta z gatunku trudnych. Walcząc z czymś od dłuższego czasu, po raz kolejny (przestałam już je właściwie liczyć) znalazłam się w ślepym zaułku. Albo na zakręcie. Albo - znów nawiązując do Haibane - na torach.
Stoję więc na tych moich torach, słyszę zbliżający się pociąg i... I nic. Stoję i czekam, aż ktoś mnie uratuje.
Nikt mi nie pomógł. Nigdy.
Bo nie prosiłaś o pomoc.
Bałam się. A co, gdybym zawołała, a i tak nikt by nie odpowiedział?
Jeśli nie chcę skończyć jak Reki, jeśli nie chcę, żeby ten pociąg znowu mnie przejechał - muszę nauczyć się wołać o pomoc.
To jedna ze spraw, które dotarły do mnie w trakcie tegorocznego skrzatuskiego czuwania.
Czuwania, które w tym roku odbyło się pod hasłem "Człowiek Jezusa zwycięża" - ot, już na dzień dobry taka obietnica na przyszłość.
W autokarze stwierdziłam z dość przykrym zaskoczeniem, że to już nie to samo, co przed kilku laty. To już nie jest pielgrzymka młodzieży do stóp skrzatuskiej Matki, ale "wyjazd na czuwanie". Tyle narzekania. :)
W samym sanktuarium... było niebiańsko. Mimo wszystkiego i wszystkich.
Na samym początku - wiadomo - prosiliśmy o Ducha. I Duch przyszedł do wszystkich, którzy tego chcieli. Którzy byli gotowi otworzyć się i modlić się wszystkim, co im dane: śpiewem, tańcem, milczeniem. A ci, którzy tego nie chcieli... cóż, zawsze przecież można ze znudzeniem siedzieć, grać w karty, jeść i pić, czy nawet leżeć i bawić się telefonem w czasie adoracji, prawda?
Racja, miałam nie narzekać. Miało być za to o przekornej Miłości.
Jakiś tydzień przed czuwaniem dowiedziałam się, że nie będzie tam osoby, na spotkanie z którą bardzo liczyłam. Dwa dni chodziłam nadąsana na Boga, zanim postanowiłam uczyć się postawy małego Haibane.
Wciąż jednak nie potrafiłam się z tym pogodzić, więc przed wyjazdem modliłam się, by nie powtórzyła się sytuacja (skądinąd sympatyczna) z zeszłego roku; żeby - jeśli nie może posłać do mnie tej jednej osoby, to żeby nie posyłał mi nikogo innego.
Ale po kolei - najpierw ważnych odkryć i nauki ciąg dalszy. Później ciutka dzielenia się wrażeniami z czuwania skrzatuskiego. A na koniec - jak ta wisienka na torcie - o tej przekornej Miłości.
A więc nauka. Ta z gatunku trudnych. Walcząc z czymś od dłuższego czasu, po raz kolejny (przestałam już je właściwie liczyć) znalazłam się w ślepym zaułku. Albo na zakręcie. Albo - znów nawiązując do Haibane - na torach.
Stoję więc na tych moich torach, słyszę zbliżający się pociąg i... I nic. Stoję i czekam, aż ktoś mnie uratuje.
Nikt mi nie pomógł. Nigdy.
Bo nie prosiłaś o pomoc.
Bałam się. A co, gdybym zawołała, a i tak nikt by nie odpowiedział?
Jeśli nie chcę skończyć jak Reki, jeśli nie chcę, żeby ten pociąg znowu mnie przejechał - muszę nauczyć się wołać o pomoc.
To jedna ze spraw, które dotarły do mnie w trakcie tegorocznego skrzatuskiego czuwania.
Czuwania, które w tym roku odbyło się pod hasłem "Człowiek Jezusa zwycięża" - ot, już na dzień dobry taka obietnica na przyszłość.
W autokarze stwierdziłam z dość przykrym zaskoczeniem, że to już nie to samo, co przed kilku laty. To już nie jest pielgrzymka młodzieży do stóp skrzatuskiej Matki, ale "wyjazd na czuwanie". Tyle narzekania. :)
W samym sanktuarium... było niebiańsko. Mimo wszystkiego i wszystkich.
Na samym początku - wiadomo - prosiliśmy o Ducha. I Duch przyszedł do wszystkich, którzy tego chcieli. Którzy byli gotowi otworzyć się i modlić się wszystkim, co im dane: śpiewem, tańcem, milczeniem. A ci, którzy tego nie chcieli... cóż, zawsze przecież można ze znudzeniem siedzieć, grać w karty, jeść i pić, czy nawet leżeć i bawić się telefonem w czasie adoracji, prawda?
Racja, miałam nie narzekać. Miało być za to o przekornej Miłości.
Jakiś tydzień przed czuwaniem dowiedziałam się, że nie będzie tam osoby, na spotkanie z którą bardzo liczyłam. Dwa dni chodziłam nadąsana na Boga, zanim postanowiłam uczyć się postawy małego Haibane.
Wciąż jednak nie potrafiłam się z tym pogodzić, więc przed wyjazdem modliłam się, by nie powtórzyła się sytuacja (skądinąd sympatyczna) z zeszłego roku; żeby - jeśli nie może posłać do mnie tej jednej osoby, to żeby nie posyłał mi nikogo innego.
I nie posłał. Ale za to zaraz w trakcie koncertu/uwielbienia Gospel Rain wciągnął mnie w roztańczoną grupę znajomych. W czasie przerwy podarował chwilę upragnionej samotności, ale za to samotności owocnej, podczas której narodził się ciąg dalszy nie-Baśni. A później znów porwał do jeszcze innej grupy.
Aż przyszła adoracja. Tak, ta podczas której to i owo do mnie dotarło. Jedna z takich chwil, kiedy człowiek tęskni bardziej. Aż tu w tłumie raz i drugi mignie postać, która przypomina tę wytęsknioną. Zupełnie jakby ktoś chciał człowiekowi zrobić na złość, prawda?
Ale nie - dotarło do mnie trochę później. To nie, żeby na złość, ale żeby upewnić, że ona mi towarzyszy - nawet jeśli nie ciałem, to duchem - w czasie tych trudnych chwil.
No i wreszcie - ten sms o pierwszej w nocy. Kiedy postanowiłam "doczuwać" do Słupska. Przeczytać wtedy takie słowa - bezcenne.
A jeszcze cenniejsza - obietnica spotkania. W miejscu na swój sposób ważnym.
I to już niedługo.
Miłość jest cierpliwa, Miłość jest łaskawa,
Miłość jest największa, Miłość nadaje sens!
Miłość jest niepojęta, Miłość nie - nie zazdrości,
Miłość wszystko przetrzyma, Miłość największa jest!
Suteki da, ne!
środa, 31 sierpnia 2011
różana rewolucja pod znakiem Krzyża
...czyli mała nadinterpretacja Shoujo Kakumei Utena okiem chrześcijana.
Właściwie wszyscy oglądający Utenę są zgodni co do tego, że twórcy napchali serię symbolizmem do granic przyzwoitości. Albo i poza nie.
W komentarzu do filmu reżyser nie chciał podać klucza do odczytania tej symboliki, twierdząc, że możliwych jest wiele interpretacji, a sugerowana przez tytuł (Adolescence - a więc metafora dorastania) jest tylko jedną z nich.
Takoż i dagomirek, po dwukrotnym obejrzeniu finału serialu i jednorazowym - filmu, postanowił swoją cegiełkę do tego wora pomysłów i odczytań dorzucić.
A pomysł tak się jakoś narzucił, z powodu pewnej sceny w rzeczonym finale i wspomnienia kogoś na forum, że róża - których w Utenie jest mnóstwo - jest m.in. symbolem odkupieńczej miłości.
Tu następuje standardowe ostrzeżenie przed spojlakami i innymi psujami. Tzn. jeśli jeszcze nie oglądałeś, a planujesz - czytasz na własną odpowiedzialność!
Zacznijmy więc od serialu. Po ostatnich odcinkach można śmiało stwierdzić, że obu głównym bohaterkom przypisano pewne cechy Chrystusa.
Ponieważ scena, od której wszystko zaczęło się w mojej głowie wysnuwać, skupiona jest na Anthy, od Anthy zacznę.
Anthy Himemiya - młodsza siostra Akia Ohtori, znana jako Różana Oblubienica, a przez niektórych nazywana również Wiedźmą. Jej historię poznajemy z dwóch źródeł. Najpierw - podczas przedstawienia teatrzyku cieni, kiedy dowiadujemy się, że egoistycznie pozbawiła ludzi pomocy Księcia i dlatego nazwano ją Wiedźmą. Później, oczami kilkuletniej Uteny poznajemy te same zdarzenia od drugiej strony - Różana Oblubienica nie chce pozbawić ludzi pomocy Księcia, a jedynie zapewnić mu choć trochę odpoczynku (do tej pory Dios, nie myśląc o sobie, poświęcał wszystkie siły na pomoc proszącym).
Różana Oblubienica ginie z rąk ludzi, przed którymi chroniła Księcia. Z własnej woli przyjmuje na siebie milion mieczy nienawiści. Przyjmuje je tamtego dnia i przyjmuje je odtąd nieustannie, co widzimy w ostatnim odcinku, gdy chmara mieczy rzuca się na Akio, zaś Anthy przejmuje je, by go chronić.
Spójrzcie teraz na powyższą zrzutkę. Gdy oglądałam ten odcinek po raz drugi, już na spokojnie, uderzyło mnie jak bardzo to ujęcie przypomina scenę ukrzyżowania. Ja wiem, Anthy ma ręce uniesione, nie rozłożone, a do tego wisi w powietrzu unieruchomiona mieczem - ale śmiem twierdzić, że gdyby ramiona miała szeroko otwarte jak na krzyżu, ta scena nie miałaby więcej mocy i nie budziłaby bardziej dosadnych skojarzeń.
W tym momencie warto też napomknąć o tej dwoistości spojrzeń na historię Różanej Oblubienicy i jej poświęcenia. Kim w końcu była? Różaną Oblubienicą, która oddała życie w obronie ukochanego Księcia, czy Wiedźmą, która pozbawiła ludzi jego pomocy? A kim był Chrystus? Mesjaszem i Zbawcą czy zwykłym szaleńcem, który próbował przynieść światu rewolucję (sic!)?
O Anthy na razie tyle. Wrócę do niej jeszcze, nawiązując do filmu.
Utena Tenjou - dziewczyna, która w dzieciństwie poznała Księcia. Księcia, który pokazał jej "coś wiecznego", a przez to przekonał, że powinna żyć dalej. I tu przychodzi pierwsza myśl: kiedy Touga i Sayonji, znajdując małą Utenę w trumnie obok trumien jej rodziców, stwierdzają, że ktoś powinien pokazać jej "coś wiecznego", by odnalazła w sobie chęć do życia - mają raczej na myśli coś pięknego, co trwa wiecznie, a dla czego warto żyć (takie trochę dorosłe myślenie). A Książę? Pokazuje Utenie Różaną Oblubienicę, która z powodu podjętej dawno temu decyzji ponosi wieczną karę, będzie wiecznie cierpieć. Utena - dziecko! - postanawia żyć, by kiedyś w przyszłości ją uratować. Dziecko - zapomina o sobie, a postanawia żyć dla innych. Jest w tym ta czystość, bezinteresowność - "Musicie stać się jak dzieci..."
Z czasem Utena zapomina, dlaczego została księciem, ale pamięta, że musi zachować szlachetność i czyste serce. Postanawiając wykorzystać ją dla swoich celów, Akio Ohtori uwodzi dziewczynę tylko po to, by później - w ostatecznym pojedynku o moc Diosa - wypomnieć jej, że utraciła szlachetność ("Przecież wiedziałaś, że mam narzeczoną. Nie przeszkadzało ci to? Nikt nie jest szlachetny poza tobą?"). Można w tym odnaleźć małą alegorię grzechu. Szatan kusi, obiecuje szczęście, docenia - tylko po to, żeby później rzucić nam nasze decyzje w twarz i pognębić, zmusić do samo-poniżenia (nie pokory, ale poniżenia właśnie!).
I wreszcie obiecane cechy Chrystusa. Pierwsza rzuca się w oczy od razu. Pod koniec przedostatniego odcinka, kiedy Utena podejmuje walkę o wyzwolenie Anthy, ta ze smutkiem i słowami "Pozwoliłaś mi poznać smak tego, co nazywasz przyjaźnią. Dziękuję. Ale nie możesz być moim Księciem. W końcu jesteś dziewczyną" - z tymi słowami wbija jej miecz w plecy.
Zdrada. Zdrada popełniona przez jedną z najbliższych osób, z tego powodu, że ktoś nie pasował do wyobrażeń. Czy nie przychodzi wam na myśl Judasz, który - jak wielu innych Żydów tamtych czasów - liczył, że Jezus wzbudzi zbrojne powstanie przeciwko Rzymianom, a rozczarowany Jego naukami w końcu go sprzedał?
Ale na tę zdradę nie może być innej odpowiedzi jak tylko miłość. Utena - poważnie, prawdopodobnie nawet śmiertelnie ranna - nie błaga obserwującego wszystko Diosa o pomoc dla siebie, ale o ratunek dla Anthy. Jej uwaga i siły wciąż są skupione na tym jednym - na ratowaniu przyjaciółki; bo pomimo zdrady Utena wciąż uważa Różaną Oblubienicę za przyjaciółkę. Pamiętacie modlitwę z krzyża? "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią."
Drugi rys jest mniej wyraźny, trzeba spojrzeć nieco szerzej. Tym razem skojarzenie przenosi nas na początek działalności Jezusa i do kuszenia po pobycie na pustyni.
Utena po raz ostatni wchodzi na Arenę; jest gotowa stanąć do ostatniej walki - walki, która zapewni wolność Różanej Oblubienicy. Akio, który okazuje się tym, co pozostało z jej Księcia, stwierdza "Miecze nie pasują do sukni". Próbuje przekonać dziewczynę, by oddała mu miecz, zrezygnowała z bycia Księciem i zamieszkała z nim w pałacu jako Księżniczka. Pierwsze kuszenie - jednak Utena odmawia, bo nie potrafi porzucić przyjaciółki.
Jakiś czas później, kuszenie drugie. Tym razem Akio odziera Arenę z całej jej baśniowości, z iluzorycznego zamku - ujawnia Utenie prawdę o niej samej, o jej utraconej szlachetności. Próbuje zniechęcić ją do pojedynku, ostrzega, że to już nie jest gra, że to pojedynek na śmierć i życie. I tym razem - mimo chwili zwątpienia - Utena staje przeciwko niemu.
I wreszcie kuszenie trzecie, już po zdradzie Anthy. Kiedy Utena ostatkiem sił, próbuje wstać, woła Anthy, Dios wypowiada słowa, które można odczytać na dwa sposoby. Z jednej strony, jego słowa mogą być słowami szacunku, podziwu, a pocałunek złożony na pierścieniu - jedynym pocieszeniem, jakie może ofiarować dziewczynie. Z drugiej jednak - podskórnie wyczuwamy w tym pewne naigrywanie się z niedoszłego księcia, przekonanie, że to przecież nie mogło się udać. Po tych słowach Utena zbiera w sobie siły, by ostatecznie odrzucić zarówno Akia, jak i Diosa i otworzyć Różane Wrota, za którymi śpi Anthy.
I wreszcie samo zakończenie serialu. Moc przyniesienia światu rewolucji, wieczność, lśnienie, moc czynienia cudów - to wszystko czeka za Różaną Bramą, to właśnie tej zapieczętowanej mocy Diosa pragnie Akio. Mieczem odebranym Utenie-Księciu próbuje więc sforsować przeszkodę i zdobyć moc, by doprowadzić - zgodnie ze swoim przydomkiem - do Końca Świata i stworzyć go na nowo, po swojej myśli. Jednak miecz pęka w zetknięciu z kamienną, porośnięta różanymi pnączami bramą.
Dla tego, który pragnie mocy czynienia cudów wyłącznie dla własnych korzyści, wyłącznie dla siebie - ta moc pozostaje na zawsze zamknięta. Gdy jednak Utena próbuje otworzyć bramę - nie cudzym mieczem, ale gołymi rękami i nie dla siebie, ale dla ratowania Anthy - przeszkoda ustępuje.
Reakcja Anthy na otwarcie trumny, w której się znajduje, znowu każe myśleć o grzechu, a raczej - nawróceniu. Utena - wiedząc o grożących jej mieczach, o zbliżającym się zniszczeniu zamku - sięga w głąb ciemności, by wydobyć z niej Anthy. A Różana Oblubienica? "Odejdź. Miecze się na ciebie rzucą. Nie zasługuję na to." A przecież na wybaczenie Chrystusa nie trzeba zasłużyć. On tam jest - wystarczy tylko wyciągnąć rękę.
Ale wydobycie z trumny to dopiero początek. Po nim musi nastąpić decyzji - można o wszystkim zapomnieć, jak uczniowie Akademii Ohtori. Można udać, że nic się nie stało i wrócić do układania własnych planów na nowo - jak Akio. Można też zostawić wszystko, co było do tej pory, za sobą i wyruszyć na poszukiwanie Księcia. Bo przecież "Utena nie odeszła. Ona tylko zniknęła z twojego świata".
Tyle o serialu.
A jeśli serial można było odczytać jako metaforę życia człowieka, grzechu i nawrócenia - tym łatwiej taką metaforę można odnaleźć w filmie. I tym razem podział ról staje się jeszcze wyraźniejszy - Anthy jest tu człowiekiem, Akio - złem/Szatanem, a Utena - Chrystusem.
Anthy - Księżniczka posiadająca moc Wiedźmy pragnie mieć Księcia. Rzuca więc czar na Władcę Much i zmienia go w Księcia. Gdy jednak musi chronić go przed wieśniakami, jej moc powoli zanika, aż wreszcie czar pryska - Książę przemienia się z powrotem we Władcę Much, a Anthy zostaje uwięziona w roli Różanej Oblubienicy.
Ile razy jest tak, że człowiek bardzo czegoś pragnie: szczęścia, miłości, wolności - i nie może tego osiągnąć? Bardzo często sięga wówczas po to, co jest w jego zasięgu, nie zwracając uwagi, że nie tego pragnał. I tak, szczęście zastępujemy przyjemnością, miłość - fałszywą akceptacją albo "przygodami", wolność swobodą, a łaskę - grzechem. Ubieramy naszego Władcę Much w szaty Księcia, a później znosimy tego konsekwencje. Poddajemy się woli tego przebierańca, myśląc, że sobie na to zasłużyliśmy - jak Różana Oblubienica, która musi oddawać się każdemu swojemu zwycięzcy.
Ale przychodzi taki moment, że w tym naszym małym świecie pojawia się ktoś jeszcze. Tajemniczy Szermierz, inny od pozostałych, który kwestionuje to zniewolenie. Który próbuje uświadomić nam, że wcale nie jesteśmy na to skazani. Który wreszcie poświęca samego siebie, żeby wyrwać nas z tej ciemności.
Jak wygląda reakcja Różanej Oblubienicy na propozycję Uteny, by odeszła z Akademii Ohtori, by zostawiła za sobą pojedynki, fałszywego Księcia i całą resztę? "Odejdź. Ja muszę tu zostać, to moja kara. Ale ty odejdź, bo cię to zniszczy." Skądś już to znamy, prawda?
Książę jednak nie akceptuje takiej decyzji Różanej Oblubienicy i mimo wszystko poświęca siebie, żeby ją stamtąd wyrwać. Oczywiście, nawet w tej chwili - nawet i później - Anthy może zrezygnować, może zostać na zawsze w Akademii. Ale ofiara Księcia już się dokonała - i odrzucenie danej przez niego szansy sprawiłoby, że poszłaby ona na marne.
Podjęcie decyzji o nawrócenie/odejściu od Władcy Much to dopiero początek. Droga do prawdziwej wolności nie jest łatwa - czekają na niej przeszkody, pokusy wskazujące fałszywy kierunek, wreszcie sam fałszywy Książę, który tak łatwo nie wypuści swojej Różanej Oblubienicy. Ale na tej drodze można też spotkać przyjaciół, którzy wyciągną z tarapatów - wspólnotę, która pomoże wyjechać poza granice Ohtori.
A co leży za tymi granicami?
Nieznany świat. Świat, w którym może nie być dróg, po których moglibyśmy jechać przed siebie. Skoro jednak zdecydowaliśmy się na ten skok wiary, skoro opuściliśmy znane granice Ohtori - to czy jest sens do niej wracać, choćby i zdawało się, że tam byliśmy bezpieczni?
W końcu z każdym krokiem postawionym przez nas w tym nowym świecie, istniejące w nim drogi wydłużą się o ten jeden krok.
I nie będziemy sami. Ten, który wyrwał nas ze zniewolenia, jest teraz przy nas.
I któregoś dnia - razem - zabłyśniemy.
Właściwie wszyscy oglądający Utenę są zgodni co do tego, że twórcy napchali serię symbolizmem do granic przyzwoitości. Albo i poza nie.
W komentarzu do filmu reżyser nie chciał podać klucza do odczytania tej symboliki, twierdząc, że możliwych jest wiele interpretacji, a sugerowana przez tytuł (Adolescence - a więc metafora dorastania) jest tylko jedną z nich.
Takoż i dagomirek, po dwukrotnym obejrzeniu finału serialu i jednorazowym - filmu, postanowił swoją cegiełkę do tego wora pomysłów i odczytań dorzucić.
A pomysł tak się jakoś narzucił, z powodu pewnej sceny w rzeczonym finale i wspomnienia kogoś na forum, że róża - których w Utenie jest mnóstwo - jest m.in. symbolem odkupieńczej miłości.
Tu następuje standardowe ostrzeżenie przed spojlakami i innymi psujami. Tzn. jeśli jeszcze nie oglądałeś, a planujesz - czytasz na własną odpowiedzialność!
Zacznijmy więc od serialu. Po ostatnich odcinkach można śmiało stwierdzić, że obu głównym bohaterkom przypisano pewne cechy Chrystusa.
Ponieważ scena, od której wszystko zaczęło się w mojej głowie wysnuwać, skupiona jest na Anthy, od Anthy zacznę.
Anthy Himemiya - młodsza siostra Akia Ohtori, znana jako Różana Oblubienica, a przez niektórych nazywana również Wiedźmą. Jej historię poznajemy z dwóch źródeł. Najpierw - podczas przedstawienia teatrzyku cieni, kiedy dowiadujemy się, że egoistycznie pozbawiła ludzi pomocy Księcia i dlatego nazwano ją Wiedźmą. Później, oczami kilkuletniej Uteny poznajemy te same zdarzenia od drugiej strony - Różana Oblubienica nie chce pozbawić ludzi pomocy Księcia, a jedynie zapewnić mu choć trochę odpoczynku (do tej pory Dios, nie myśląc o sobie, poświęcał wszystkie siły na pomoc proszącym).
Różana Oblubienica ginie z rąk ludzi, przed którymi chroniła Księcia. Z własnej woli przyjmuje na siebie milion mieczy nienawiści. Przyjmuje je tamtego dnia i przyjmuje je odtąd nieustannie, co widzimy w ostatnim odcinku, gdy chmara mieczy rzuca się na Akio, zaś Anthy przejmuje je, by go chronić.
Spójrzcie teraz na powyższą zrzutkę. Gdy oglądałam ten odcinek po raz drugi, już na spokojnie, uderzyło mnie jak bardzo to ujęcie przypomina scenę ukrzyżowania. Ja wiem, Anthy ma ręce uniesione, nie rozłożone, a do tego wisi w powietrzu unieruchomiona mieczem - ale śmiem twierdzić, że gdyby ramiona miała szeroko otwarte jak na krzyżu, ta scena nie miałaby więcej mocy i nie budziłaby bardziej dosadnych skojarzeń.
W tym momencie warto też napomknąć o tej dwoistości spojrzeń na historię Różanej Oblubienicy i jej poświęcenia. Kim w końcu była? Różaną Oblubienicą, która oddała życie w obronie ukochanego Księcia, czy Wiedźmą, która pozbawiła ludzi jego pomocy? A kim był Chrystus? Mesjaszem i Zbawcą czy zwykłym szaleńcem, który próbował przynieść światu rewolucję (sic!)?
O Anthy na razie tyle. Wrócę do niej jeszcze, nawiązując do filmu.
Utena Tenjou - dziewczyna, która w dzieciństwie poznała Księcia. Księcia, który pokazał jej "coś wiecznego", a przez to przekonał, że powinna żyć dalej. I tu przychodzi pierwsza myśl: kiedy Touga i Sayonji, znajdując małą Utenę w trumnie obok trumien jej rodziców, stwierdzają, że ktoś powinien pokazać jej "coś wiecznego", by odnalazła w sobie chęć do życia - mają raczej na myśli coś pięknego, co trwa wiecznie, a dla czego warto żyć (takie trochę dorosłe myślenie). A Książę? Pokazuje Utenie Różaną Oblubienicę, która z powodu podjętej dawno temu decyzji ponosi wieczną karę, będzie wiecznie cierpieć. Utena - dziecko! - postanawia żyć, by kiedyś w przyszłości ją uratować. Dziecko - zapomina o sobie, a postanawia żyć dla innych. Jest w tym ta czystość, bezinteresowność - "Musicie stać się jak dzieci..."
Z czasem Utena zapomina, dlaczego została księciem, ale pamięta, że musi zachować szlachetność i czyste serce. Postanawiając wykorzystać ją dla swoich celów, Akio Ohtori uwodzi dziewczynę tylko po to, by później - w ostatecznym pojedynku o moc Diosa - wypomnieć jej, że utraciła szlachetność ("Przecież wiedziałaś, że mam narzeczoną. Nie przeszkadzało ci to? Nikt nie jest szlachetny poza tobą?"). Można w tym odnaleźć małą alegorię grzechu. Szatan kusi, obiecuje szczęście, docenia - tylko po to, żeby później rzucić nam nasze decyzje w twarz i pognębić, zmusić do samo-poniżenia (nie pokory, ale poniżenia właśnie!).
I wreszcie obiecane cechy Chrystusa. Pierwsza rzuca się w oczy od razu. Pod koniec przedostatniego odcinka, kiedy Utena podejmuje walkę o wyzwolenie Anthy, ta ze smutkiem i słowami "Pozwoliłaś mi poznać smak tego, co nazywasz przyjaźnią. Dziękuję. Ale nie możesz być moim Księciem. W końcu jesteś dziewczyną" - z tymi słowami wbija jej miecz w plecy.
Zdrada. Zdrada popełniona przez jedną z najbliższych osób, z tego powodu, że ktoś nie pasował do wyobrażeń. Czy nie przychodzi wam na myśl Judasz, który - jak wielu innych Żydów tamtych czasów - liczył, że Jezus wzbudzi zbrojne powstanie przeciwko Rzymianom, a rozczarowany Jego naukami w końcu go sprzedał?
Ale na tę zdradę nie może być innej odpowiedzi jak tylko miłość. Utena - poważnie, prawdopodobnie nawet śmiertelnie ranna - nie błaga obserwującego wszystko Diosa o pomoc dla siebie, ale o ratunek dla Anthy. Jej uwaga i siły wciąż są skupione na tym jednym - na ratowaniu przyjaciółki; bo pomimo zdrady Utena wciąż uważa Różaną Oblubienicę za przyjaciółkę. Pamiętacie modlitwę z krzyża? "Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią."
Drugi rys jest mniej wyraźny, trzeba spojrzeć nieco szerzej. Tym razem skojarzenie przenosi nas na początek działalności Jezusa i do kuszenia po pobycie na pustyni.
Utena po raz ostatni wchodzi na Arenę; jest gotowa stanąć do ostatniej walki - walki, która zapewni wolność Różanej Oblubienicy. Akio, który okazuje się tym, co pozostało z jej Księcia, stwierdza "Miecze nie pasują do sukni". Próbuje przekonać dziewczynę, by oddała mu miecz, zrezygnowała z bycia Księciem i zamieszkała z nim w pałacu jako Księżniczka. Pierwsze kuszenie - jednak Utena odmawia, bo nie potrafi porzucić przyjaciółki.
Jakiś czas później, kuszenie drugie. Tym razem Akio odziera Arenę z całej jej baśniowości, z iluzorycznego zamku - ujawnia Utenie prawdę o niej samej, o jej utraconej szlachetności. Próbuje zniechęcić ją do pojedynku, ostrzega, że to już nie jest gra, że to pojedynek na śmierć i życie. I tym razem - mimo chwili zwątpienia - Utena staje przeciwko niemu.
I wreszcie kuszenie trzecie, już po zdradzie Anthy. Kiedy Utena ostatkiem sił, próbuje wstać, woła Anthy, Dios wypowiada słowa, które można odczytać na dwa sposoby. Z jednej strony, jego słowa mogą być słowami szacunku, podziwu, a pocałunek złożony na pierścieniu - jedynym pocieszeniem, jakie może ofiarować dziewczynie. Z drugiej jednak - podskórnie wyczuwamy w tym pewne naigrywanie się z niedoszłego księcia, przekonanie, że to przecież nie mogło się udać. Po tych słowach Utena zbiera w sobie siły, by ostatecznie odrzucić zarówno Akia, jak i Diosa i otworzyć Różane Wrota, za którymi śpi Anthy.
I wreszcie samo zakończenie serialu. Moc przyniesienia światu rewolucji, wieczność, lśnienie, moc czynienia cudów - to wszystko czeka za Różaną Bramą, to właśnie tej zapieczętowanej mocy Diosa pragnie Akio. Mieczem odebranym Utenie-Księciu próbuje więc sforsować przeszkodę i zdobyć moc, by doprowadzić - zgodnie ze swoim przydomkiem - do Końca Świata i stworzyć go na nowo, po swojej myśli. Jednak miecz pęka w zetknięciu z kamienną, porośnięta różanymi pnączami bramą.
Dla tego, który pragnie mocy czynienia cudów wyłącznie dla własnych korzyści, wyłącznie dla siebie - ta moc pozostaje na zawsze zamknięta. Gdy jednak Utena próbuje otworzyć bramę - nie cudzym mieczem, ale gołymi rękami i nie dla siebie, ale dla ratowania Anthy - przeszkoda ustępuje.
Reakcja Anthy na otwarcie trumny, w której się znajduje, znowu każe myśleć o grzechu, a raczej - nawróceniu. Utena - wiedząc o grożących jej mieczach, o zbliżającym się zniszczeniu zamku - sięga w głąb ciemności, by wydobyć z niej Anthy. A Różana Oblubienica? "Odejdź. Miecze się na ciebie rzucą. Nie zasługuję na to." A przecież na wybaczenie Chrystusa nie trzeba zasłużyć. On tam jest - wystarczy tylko wyciągnąć rękę.
Ale wydobycie z trumny to dopiero początek. Po nim musi nastąpić decyzji - można o wszystkim zapomnieć, jak uczniowie Akademii Ohtori. Można udać, że nic się nie stało i wrócić do układania własnych planów na nowo - jak Akio. Można też zostawić wszystko, co było do tej pory, za sobą i wyruszyć na poszukiwanie Księcia. Bo przecież "Utena nie odeszła. Ona tylko zniknęła z twojego świata".
Tyle o serialu.
A jeśli serial można było odczytać jako metaforę życia człowieka, grzechu i nawrócenia - tym łatwiej taką metaforę można odnaleźć w filmie. I tym razem podział ról staje się jeszcze wyraźniejszy - Anthy jest tu człowiekiem, Akio - złem/Szatanem, a Utena - Chrystusem.
Anthy - Księżniczka posiadająca moc Wiedźmy pragnie mieć Księcia. Rzuca więc czar na Władcę Much i zmienia go w Księcia. Gdy jednak musi chronić go przed wieśniakami, jej moc powoli zanika, aż wreszcie czar pryska - Książę przemienia się z powrotem we Władcę Much, a Anthy zostaje uwięziona w roli Różanej Oblubienicy.
Ile razy jest tak, że człowiek bardzo czegoś pragnie: szczęścia, miłości, wolności - i nie może tego osiągnąć? Bardzo często sięga wówczas po to, co jest w jego zasięgu, nie zwracając uwagi, że nie tego pragnał. I tak, szczęście zastępujemy przyjemnością, miłość - fałszywą akceptacją albo "przygodami", wolność swobodą, a łaskę - grzechem. Ubieramy naszego Władcę Much w szaty Księcia, a później znosimy tego konsekwencje. Poddajemy się woli tego przebierańca, myśląc, że sobie na to zasłużyliśmy - jak Różana Oblubienica, która musi oddawać się każdemu swojemu zwycięzcy.
Ale przychodzi taki moment, że w tym naszym małym świecie pojawia się ktoś jeszcze. Tajemniczy Szermierz, inny od pozostałych, który kwestionuje to zniewolenie. Który próbuje uświadomić nam, że wcale nie jesteśmy na to skazani. Który wreszcie poświęca samego siebie, żeby wyrwać nas z tej ciemności.
Jak wygląda reakcja Różanej Oblubienicy na propozycję Uteny, by odeszła z Akademii Ohtori, by zostawiła za sobą pojedynki, fałszywego Księcia i całą resztę? "Odejdź. Ja muszę tu zostać, to moja kara. Ale ty odejdź, bo cię to zniszczy." Skądś już to znamy, prawda?
Książę jednak nie akceptuje takiej decyzji Różanej Oblubienicy i mimo wszystko poświęca siebie, żeby ją stamtąd wyrwać. Oczywiście, nawet w tej chwili - nawet i później - Anthy może zrezygnować, może zostać na zawsze w Akademii. Ale ofiara Księcia już się dokonała - i odrzucenie danej przez niego szansy sprawiłoby, że poszłaby ona na marne.
Podjęcie decyzji o nawrócenie/odejściu od Władcy Much to dopiero początek. Droga do prawdziwej wolności nie jest łatwa - czekają na niej przeszkody, pokusy wskazujące fałszywy kierunek, wreszcie sam fałszywy Książę, który tak łatwo nie wypuści swojej Różanej Oblubienicy. Ale na tej drodze można też spotkać przyjaciół, którzy wyciągną z tarapatów - wspólnotę, która pomoże wyjechać poza granice Ohtori.
A co leży za tymi granicami?
Nieznany świat. Świat, w którym może nie być dróg, po których moglibyśmy jechać przed siebie. Skoro jednak zdecydowaliśmy się na ten skok wiary, skoro opuściliśmy znane granice Ohtori - to czy jest sens do niej wracać, choćby i zdawało się, że tam byliśmy bezpieczni?
W końcu z każdym krokiem postawionym przez nas w tym nowym świecie, istniejące w nim drogi wydłużą się o ten jeden krok.
I nie będziemy sami. Ten, który wyrwał nas ze zniewolenia, jest teraz przy nas.
I któregoś dnia - razem - zabłyśniemy.
wtorek, 30 sierpnia 2011
MMS - Modlitwa Ma Siłę
I znowu coś, co za mną chodzi i nie da spokoju póki się nie podzielę. Więc się dzielę. Albo daję świadectwo - jak kto woli.
Egzaminy ustne zawsze były moją słabą stroną. Zresztą - nie tylko egzaminy, ale wszelkie odpowiedzi ustne; wszystkie te sytuacje, w których musiałam posłużyć się swoimi słowami.
Mogłam być przygotowana na tip-top, pod drzwiami odpowiadać na wszystkie pytania podczas grupowych powtórek, a nawet poprawiać czyjeś błędy. Wystarczyło jednak, że weszłam do sali i... ściana. Nerwy, zastanawiałam się co mówię, jak mówię i bardzo często w pewnym momencie po prostu milkłam.
Tak samo było podczas ostatniego ustnego egzaminu, na początku czerwca. Właściwie to zdałam za drugim podejściem i to w znacznym stopniu dzięki dobrej woli egzaminatorki. Powód? Jak wyżej.
Dlatego wciąż nie mogę wyjść z zaskoczenia, jak bardzo od tych wszystkich egzaminów różniła się moja obrona.
Od samego początku stwierdziłam, że sama nie dam rady. Zaczęłam więc organizować wsparcie - prosić znajomych i mniej-znajomych o modlitwę (albo przynajmniej o dobre myśli). To był punkt pierwszy mojego planu.
Punkt drugi brzmiał: zaufać.
Zaufać, że skoro On dał mi talent do języków, pomógł przebrnąć przez tłumaczenie i pisanie pracy - to widocznie chce, żebym się tym zajmowała. A skoro chce - to i pomoże w takiej chwili.
Dzień przed obroną ostatnia powtórka, wieczór przy dobrym filmie. Rano - zmusiłam się do lekkiego śniadania. Żadnych napojów energetycznych, wspomagaczy.
Na uczelni już czekał na mnie pewien Aniołek, który przez kolejne dwie godziny cierpliwie znosił moją paplaninę o niczym i łażenie tam i z powrotem po korytarzu. A później - gdy już weszłam do sali - szeptał pod drzwiami różaniec.
I właśnie. Weszłam na salę, usiadłam, usłyszałam pierwsze pytanie.
Zazwyczaj w tym momencie zaczynała się panika. A tym razem? Był tylko spokój. Na spokojnie ułożyłam myśli, przypomniałam sobie to i tamto, odpowiedziałam.
Nie, w tamtej chwili nie myślałam o tym, co się dzieje za drzwiami. Był tylko ten niesamowity spokój i przejrzystość myślenia. Dopiero później uświadomiłam sobie, jak wielka sieć modlitwy mnie oplatała w czasie tamtych minut.
I że warto było zaufać.
Egzaminy ustne zawsze były moją słabą stroną. Zresztą - nie tylko egzaminy, ale wszelkie odpowiedzi ustne; wszystkie te sytuacje, w których musiałam posłużyć się swoimi słowami.
Mogłam być przygotowana na tip-top, pod drzwiami odpowiadać na wszystkie pytania podczas grupowych powtórek, a nawet poprawiać czyjeś błędy. Wystarczyło jednak, że weszłam do sali i... ściana. Nerwy, zastanawiałam się co mówię, jak mówię i bardzo często w pewnym momencie po prostu milkłam.
Tak samo było podczas ostatniego ustnego egzaminu, na początku czerwca. Właściwie to zdałam za drugim podejściem i to w znacznym stopniu dzięki dobrej woli egzaminatorki. Powód? Jak wyżej.
Dlatego wciąż nie mogę wyjść z zaskoczenia, jak bardzo od tych wszystkich egzaminów różniła się moja obrona.
Od samego początku stwierdziłam, że sama nie dam rady. Zaczęłam więc organizować wsparcie - prosić znajomych i mniej-znajomych o modlitwę (albo przynajmniej o dobre myśli). To był punkt pierwszy mojego planu.
Punkt drugi brzmiał: zaufać.
Zaufać, że skoro On dał mi talent do języków, pomógł przebrnąć przez tłumaczenie i pisanie pracy - to widocznie chce, żebym się tym zajmowała. A skoro chce - to i pomoże w takiej chwili.
Dzień przed obroną ostatnia powtórka, wieczór przy dobrym filmie. Rano - zmusiłam się do lekkiego śniadania. Żadnych napojów energetycznych, wspomagaczy.
Na uczelni już czekał na mnie pewien Aniołek, który przez kolejne dwie godziny cierpliwie znosił moją paplaninę o niczym i łażenie tam i z powrotem po korytarzu. A później - gdy już weszłam do sali - szeptał pod drzwiami różaniec.
I właśnie. Weszłam na salę, usiadłam, usłyszałam pierwsze pytanie.
Zazwyczaj w tym momencie zaczynała się panika. A tym razem? Był tylko spokój. Na spokojnie ułożyłam myśli, przypomniałam sobie to i tamto, odpowiedziałam.
Nie, w tamtej chwili nie myślałam o tym, co się dzieje za drzwiami. Był tylko ten niesamowity spokój i przejrzystość myślenia. Dopiero później uświadomiłam sobie, jak wielka sieć modlitwy mnie oplatała w czasie tamtych minut.
I że warto było zaufać.
wtorek, 5 lipca 2011
pierwsze prawo Miłości
Pewnego dnia Uczeń opowiadał komuś o swoim Mistrzu. Mistrzu, który nauczył go pierwszego prawa Miłości. Kreślił słowami jego obraz, podkreślał co najbardziej ceni i podziwia, w czym stara się naśladować.
"Ale ty nie mówisz tego o swoim Mistrzu. Mówisz o kimś innym." Stwierdził słuchający i spojrzał znacząco na Ucznia.
Pierwszy raz ktoś wziął Ucznia za jego Mistrza. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że mu dorównał - przed Uczniem wciąż jeszcze długa droga. Może raczej dlatego, że Mistrz okazał się dobrym nauczycielem i swoim przykładem ukształtował ucznia...
/gee, ta przypowiastka lepiej brzmiała w głowie jak na oktawę szłam =.='/
A pierwsze prawo Miłości to to najtrudniejsze w swej prostocie. Czy brzmi 'Kochaj'? Nie. Może 'Czyń dobro'? Też nie. 'Poświęcaj się dla innych'? 'Przemieniaj świat na lepsze'? 'Przebaczaj'?
Nie, nie i nie.
Pierwsze prawo Miłości brzmi
BĄDŹ
"Ale ty nie mówisz tego o swoim Mistrzu. Mówisz o kimś innym." Stwierdził słuchający i spojrzał znacząco na Ucznia.
Pierwszy raz ktoś wziął Ucznia za jego Mistrza. Dlaczego? Przecież nie dlatego, że mu dorównał - przed Uczniem wciąż jeszcze długa droga. Może raczej dlatego, że Mistrz okazał się dobrym nauczycielem i swoim przykładem ukształtował ucznia...
/gee, ta przypowiastka lepiej brzmiała w głowie jak na oktawę szłam =.='/
A pierwsze prawo Miłości to to najtrudniejsze w swej prostocie. Czy brzmi 'Kochaj'? Nie. Może 'Czyń dobro'? Też nie. 'Poświęcaj się dla innych'? 'Przemieniaj świat na lepsze'? 'Przebaczaj'?
Nie, nie i nie.
Pierwsze prawo Miłości brzmi
BĄDŹ
wtorek, 8 lutego 2011
O jak...
O P A T R Z N O Ś Ć
Opatrzność czyli splot mnóstwa drobiazgów, większych i mniejszych wydarzeń i okoliczności, prowadzący do pewnego spotkania.
A później, znów - chwile, zdarzenia, doświadczenia, prowadzące do stworzenia takiej właśnie, a nie innej - wyjątkowej więzi. I wzorem Lisa zostaję oswojona.
Opatrzność czyli ten podszept, który kieruje tam, gdzie czeka czyjaś ciepła dłoń, spojrzenie, słowa...
Opatrzność czyli autobus z Kóz podjeżdżający na dworzec, gdy zaczynam się rozklejać.
Opatrzność czyli splot mnóstwa drobiazgów, większych i mniejszych wydarzeń i okoliczności, prowadzący do pewnego spotkania.
A później, znów - chwile, zdarzenia, doświadczenia, prowadzące do stworzenia takiej właśnie, a nie innej - wyjątkowej więzi. I wzorem Lisa zostaję oswojona.
Opatrzność czyli ten podszept, który kieruje tam, gdzie czeka czyjaś ciepła dłoń, spojrzenie, słowa...
Opatrzność czyli autobus z Kóz podjeżdżający na dworzec, gdy zaczynam się rozklejać.
sobota, 18 grudnia 2010
G.O.D.
Skąd tytuł? A bo tak ^^
Bo wczoraj na pół śpiąco doczołgałam się na zbiórkę na wyjazd do Skrzatusza (czuwanie pod hasłem Przymierz Miłość) tylko po to, żeby dowiedzieć się, że osoba dla której tam jechałam brzydko się przeziębiła. Nu ale wyjazd opłacony, to pakujem się w haftokar i jedziem.
.... (times passes)....
Wczoraj było trzy miesiące temu ^^" Ale wyjazd jeszcze pamiętam. Najważniejsze były dwie sprawy.
Sprawa uno pierwsze: do czego służy komórka czyli transmisja na żywo. I człowiek może przynajmniej "duchem" uczestniczyć w spotkaniu. I uno drugie: jakoś tak w pewnym momencie przyszło mi do głowy uzupełnienie tamtego scenariusz. Jak tylko zbiorę chęci, to może dokończę.
Bo tak poza tym, czuwanie... było. Mocno "młodzieżowe" było. Zabrakło mi chwili skupienia, wyciszenia... bo nawet w trakcie Namiotu co chwila muzyczni szaleli...
Ale poznałam człowieka :) I było miło. Pozdrawiam cię, Człowieku, jeśli akurat to przypadkiem czytasz ;)
.... (times passes)...
Back to 18th December.
A co dzisiaj?
Dłubię krzyżykowo obrazki dla babć. Jedna dostanie Maryję od Nieustającej Pomocy (ta już skończona, oprawiona), druga JP2 - to niestety wciąż na warsztacie, brązy tworzące genialny efekt sepii śnią mi się po nocach...
Tyle z tego dobrego, że dziergając, wciągam seriale.
1. Kości i House na bieżąco - w tej chwili bardziej dla zawirowań w głównych pairingach (Bones/Booth, House/Cuddy) niż dla czegokolwiek innego, ale zawsze. Szkoda, że czeka nas dłuższa świąteczna przerwa.
2. Xena - zaczynam sezon 6, ostatni. Całość mocno się zmieniła od pierwszego. Cóż, obejrzę do końca, ale na re-watche późniejsze odcinki raczej szans większych nie mają.
3. Stargate SG-1 - tak, do tego przymierzałam się od dawna. Są odcinki lepsze i gorsze, raczej oglądam dla konkretnych postaci, ew dla kosmitów, ale potrafię zrozumieć, skąd tak wielki fandom i obrona tej serii.
4. Sanctuary - jak już się stwierdziło, że ulubioną postacią w SG jest Samantha Carter, to wypada przecież sprawdzić, co Amanda Tapping jeszcze zrobiła, prawda? Pierwszy odcinek obejrzany na sieci z lektorem - wrażenie pozytywne, ale nie na tyle, żeby wciągać się w kolejny tytuł. Drugi już w oryginale - i tu wsiąkłam :P AT nadała dr Helen Magnus brytyjski akcent. Wprawdzie znawcy tematu (czyt. nativi) twierdzą, że nie do końca brytyjski i momentami uciekający, ale ja się w nim zakochałam. A odcinek 1x09 Requiem sprawił, że w moim osobistym rankingu serial ten tytuł powędrował na drugie miejsce, tuż za Dotyk Anioła. Kto ciekaw, niech obejrzy.
Po pierwsze - genialne odwrócenie sytuacji z otwarcia odcinka i nagle te same spojrzenia rozumiemy zupełnie inaczej. Po drugie samo otwarcie, przez które przez dłuższy czas czekamy na odwrócenie ról lub przynajmniej na "podzielenie się" przypadłością (kurczę, ciężko pisać, żeby nie zaspojlerować). No i po trzecie sama AT - (tu już spojlera nie uniknę) - genialna scena śmierci, jeszcze genialniejsze uśmieszki, które budzą ciary, a po chwili wyglądają najniewinniej w świecie. Czapki z głów!
Na deser taka lub inna animka. Ostatnio Yakitate! Japan - historyjka o piekarzach i chlebku i innym pieczywie. Wrażenia? Niech wystarczy za nie fakt, że nabrałam ostatnio ochoty na świeże pieczywko, takie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku - że zasypuję mamę ciekawostkami o chlebie - i że w poświątecznych planach mam pieczenie chleba w maszynie do ryżu :D
Tyle na dzisiaj. Już i tak długi post wyszedł i wszyscy pewnie w połowie się pospali ;)
Bo wczoraj na pół śpiąco doczołgałam się na zbiórkę na wyjazd do Skrzatusza (czuwanie pod hasłem Przymierz Miłość) tylko po to, żeby dowiedzieć się, że osoba dla której tam jechałam brzydko się przeziębiła. Nu ale wyjazd opłacony, to pakujem się w haftokar i jedziem.
.... (times passes)....
Wczoraj było trzy miesiące temu ^^" Ale wyjazd jeszcze pamiętam. Najważniejsze były dwie sprawy.
Sprawa uno pierwsze: do czego służy komórka czyli transmisja na żywo. I człowiek może przynajmniej "duchem" uczestniczyć w spotkaniu. I uno drugie: jakoś tak w pewnym momencie przyszło mi do głowy uzupełnienie tamtego scenariusz. Jak tylko zbiorę chęci, to może dokończę.
Bo tak poza tym, czuwanie... było. Mocno "młodzieżowe" było. Zabrakło mi chwili skupienia, wyciszenia... bo nawet w trakcie Namiotu co chwila muzyczni szaleli...
Ale poznałam człowieka :) I było miło. Pozdrawiam cię, Człowieku, jeśli akurat to przypadkiem czytasz ;)
.... (times passes)...
Back to 18th December.
A co dzisiaj?
Dłubię krzyżykowo obrazki dla babć. Jedna dostanie Maryję od Nieustającej Pomocy (ta już skończona, oprawiona), druga JP2 - to niestety wciąż na warsztacie, brązy tworzące genialny efekt sepii śnią mi się po nocach...
Tyle z tego dobrego, że dziergając, wciągam seriale.
1. Kości i House na bieżąco - w tej chwili bardziej dla zawirowań w głównych pairingach (Bones/Booth, House/Cuddy) niż dla czegokolwiek innego, ale zawsze. Szkoda, że czeka nas dłuższa świąteczna przerwa.
2. Xena - zaczynam sezon 6, ostatni. Całość mocno się zmieniła od pierwszego. Cóż, obejrzę do końca, ale na re-watche późniejsze odcinki raczej szans większych nie mają.
3. Stargate SG-1 - tak, do tego przymierzałam się od dawna. Są odcinki lepsze i gorsze, raczej oglądam dla konkretnych postaci, ew dla kosmitów, ale potrafię zrozumieć, skąd tak wielki fandom i obrona tej serii.
4. Sanctuary - jak już się stwierdziło, że ulubioną postacią w SG jest Samantha Carter, to wypada przecież sprawdzić, co Amanda Tapping jeszcze zrobiła, prawda? Pierwszy odcinek obejrzany na sieci z lektorem - wrażenie pozytywne, ale nie na tyle, żeby wciągać się w kolejny tytuł. Drugi już w oryginale - i tu wsiąkłam :P AT nadała dr Helen Magnus brytyjski akcent. Wprawdzie znawcy tematu (czyt. nativi) twierdzą, że nie do końca brytyjski i momentami uciekający, ale ja się w nim zakochałam. A odcinek 1x09 Requiem sprawił, że w moim osobistym rankingu serial ten tytuł powędrował na drugie miejsce, tuż za Dotyk Anioła. Kto ciekaw, niech obejrzy.
Po pierwsze - genialne odwrócenie sytuacji z otwarcia odcinka i nagle te same spojrzenia rozumiemy zupełnie inaczej. Po drugie samo otwarcie, przez które przez dłuższy czas czekamy na odwrócenie ról lub przynajmniej na "podzielenie się" przypadłością (kurczę, ciężko pisać, żeby nie zaspojlerować). No i po trzecie sama AT - (tu już spojlera nie uniknę) - genialna scena śmierci, jeszcze genialniejsze uśmieszki, które budzą ciary, a po chwili wyglądają najniewinniej w świecie. Czapki z głów!
Na deser taka lub inna animka. Ostatnio Yakitate! Japan - historyjka o piekarzach i chlebku i innym pieczywie. Wrażenia? Niech wystarczy za nie fakt, że nabrałam ostatnio ochoty na świeże pieczywko, takie chrupiące z zewnątrz, miękkie w środku - że zasypuję mamę ciekawostkami o chlebie - i że w poświątecznych planach mam pieczenie chleba w maszynie do ryżu :D
Tyle na dzisiaj. Już i tak długi post wyszedł i wszyscy pewnie w połowie się pospali ;)
Etykiety:
amanda tapping,
AT,
bones,
film,
house,
kośc,
rekolekcje,
rękodzieło,
sanctuary,
serial,
stargate,
xena
poniedziałek, 13 września 2010
Inner Voice
Zabawne... A właściwie to nie-zabawne, ale to słowo samo ciśnie się na usta.
Piszę już od dawna. Kilku-nastu lat. I nigdy właściwie nie brakowało mi słów. Zawsze miałam ich w obfitości, mogłam czerpać... Nie zawsze były to te właściwe - nie raz i nie dwa zmieniałam, poprawiałam, wykreślałam i pisałam od nowa nie zdania, nie akapity nawet, ale całe sceny.
A teraz?
Krótki scenariusz. Ot, 4 czy 5 scen. Pomysł - budowa domu i odkrycie, co jest prawdziwym domem - chodził za mną od zeszłego roku. Motyw przewodni - Miłość - pojawił się po lutowych rekolekcjach w Bielsku. Zaczęłam pisać. Po powrotnym postoju w Nowym Sączu miałam już gotowe trzy pierwsze sceny. Brakowało czwartej i zakończenia (na które jednak pomysł miałam od początku).
Kolejne nieudane podejścia... Didaskalia skreślane po dodaniu do nich kilku pierwszych słów Narratora. Nie mogłam złapać rytmu. Spisałam zakończenie i brakowało już tylko tej jednej odsłony.
Latem wreszcie (!) przyszła mi do głowy koncepcja sceny. Bardzo ogólna, wciąż brakuje w niej szczegółowego rozplanowania ruchu scenicznego i gestów (co w rzeczy ocierającej się o pantomimę jest ważne).
Zaczęłam więc pisać. Narrator, wejście bohatera i...
... cisza.
Od dwóch miesięcy niedokończona scena czeka w zeszycie na słowa. Jakiekolwiek.
A może problem nie leży w słowach, a w mojej głowie? Może nie potrafię usłyszeć, jak mój wewnętrzny głos zwraca się do mnie tak, jak do mojego bohatera? Może - mimo wszystko - brak mi tego jednego elementu Miłości?
Piszę już od dawna. Kilku-nastu lat. I nigdy właściwie nie brakowało mi słów. Zawsze miałam ich w obfitości, mogłam czerpać... Nie zawsze były to te właściwe - nie raz i nie dwa zmieniałam, poprawiałam, wykreślałam i pisałam od nowa nie zdania, nie akapity nawet, ale całe sceny.
A teraz?
Krótki scenariusz. Ot, 4 czy 5 scen. Pomysł - budowa domu i odkrycie, co jest prawdziwym domem - chodził za mną od zeszłego roku. Motyw przewodni - Miłość - pojawił się po lutowych rekolekcjach w Bielsku. Zaczęłam pisać. Po powrotnym postoju w Nowym Sączu miałam już gotowe trzy pierwsze sceny. Brakowało czwartej i zakończenia (na które jednak pomysł miałam od początku).
Kolejne nieudane podejścia... Didaskalia skreślane po dodaniu do nich kilku pierwszych słów Narratora. Nie mogłam złapać rytmu. Spisałam zakończenie i brakowało już tylko tej jednej odsłony.
Latem wreszcie (!) przyszła mi do głowy koncepcja sceny. Bardzo ogólna, wciąż brakuje w niej szczegółowego rozplanowania ruchu scenicznego i gestów (co w rzeczy ocierającej się o pantomimę jest ważne).
Zaczęłam więc pisać. Narrator, wejście bohatera i...
... cisza.
Od dwóch miesięcy niedokończona scena czeka w zeszycie na słowa. Jakiekolwiek.
A może problem nie leży w słowach, a w mojej głowie? Może nie potrafię usłyszeć, jak mój wewnętrzny głos zwraca się do mnie tak, jak do mojego bohatera? Może - mimo wszystko - brak mi tego jednego elementu Miłości?
poniedziałek, 26 kwietnia 2010
pies sumienia
Bo choć Pan Jezus nie chodzi w gumiakach i kapelusiku z piórkiem na niemiecko-austriacką modłę, a już na pewno nie ma spodni na szelka (chociaż, kto wie?), to i tak jest naszym Pasterzem.
Zakładka pana Powella skończona. Wyrwała się w dobre łapki, więc sobie będę musiała drugą wyszyć. Ale najpierw parę innych projektów, więc jak do tej pory będę zakładać lektury kartą biblioteczną/ekartą/pocztówkami/zdjęciami i innymi takimi :D

A ustawienie Avenue Q Theme w roli budzika było najgorszą decyzją w moim życiu :( Już tego słuchać nie mogę ;(
Zakładka pana Powella skończona. Wyrwała się w dobre łapki, więc sobie będę musiała drugą wyszyć. Ale najpierw parę innych projektów, więc jak do tej pory będę zakładać lektury kartą biblioteczną/ekartą/pocztówkami/zdjęciami i innymi takimi :D
A ustawienie Avenue Q Theme w roli budzika było najgorszą decyzją w moim życiu :( Już tego słuchać nie mogę ;(
piątek, 19 marca 2010
tak sobie...
Czasem to aż słów brak, jak człowiek może być głupi. Już sobie obiecywał, że się poprawi. Że koniec, bo ile można te same błędy popełniać. I co? I pupa. Jestem beznadziejna...
Jutro nowy dzień. Obym się pozbierała, bo czasu coraz mniej.
But I'd rather have you, all of you just the way you are, than everything else with someone who is not you.
Richard. Do Kahlan. Po tym jak się okazało, że jednak dalej nie mogą być razem, bo ona jest Spowiedniczką, a producent nie chce tego rozwiązać tak jak w książce.
Ale do mnie te słowa trafiają jeszcze w inny sposób. Bo ktoś też chce mnie taką, jaka jestem. Ze wszystkimi ułomnościami, słabościami, głupotami... Mnie, a nie kogoś innego...
I znowu Turbo i pytania o miniony dzień...
A to dla Dorotki :) Może uda się wylosować takiego ślicznego kociaczka, jakiego chce w dobre ręce oddać Sabinka. A wtedy moje maleństwo dostałoby prezent na poprawę humoru przed maturkami.
Jutro nowy dzień. Obym się pozbierała, bo czasu coraz mniej.
But I'd rather have you, all of you just the way you are, than everything else with someone who is not you.
Richard. Do Kahlan. Po tym jak się okazało, że jednak dalej nie mogą być razem, bo ona jest Spowiedniczką, a producent nie chce tego rozwiązać tak jak w książce.
Ale do mnie te słowa trafiają jeszcze w inny sposób. Bo ktoś też chce mnie taką, jaka jestem. Ze wszystkimi ułomnościami, słabościami, głupotami... Mnie, a nie kogoś innego...
I znowu Turbo i pytania o miniony dzień...
A to dla Dorotki :) Może uda się wylosować takiego ślicznego kociaczka, jakiego chce w dobre ręce oddać Sabinka. A wtedy moje maleństwo dostałoby prezent na poprawę humoru przed maturkami.
Etykiety:
candy,
kahlan amnell,
legend of the seeker,
muzyka,
rekolekcje
piątek, 26 lutego 2010
My Baseball
My jako my, nie jako "mój". ^^
Ale nie będzie o baseballu, ani o produkującej się na temat szczegółów Chylińskiej. Ani o tym, jak pewien faszysta przeoczył maila lub po prostu miał ochotę na rozmowę (czy to już kwalifikuje się jako mobbing?). Bo "szkoda nerw".
Będzie za to o nowym hobby, wypatrzonym już dawno temu, przy okazji kurowania jakiegoś paskudnego przeziębienia, a podjętym niedawno, bo i czas i warunki sprzyjać zaczęły. Mowa o czymś zwanym keszowaniem, a po ludzku (czyli po Lesiowemu) - polowaniem na skarby.
Zabawę zapoczątkował w USA w 2000 roku Dave Ulmer. Do Polski - przynajmniej oficjalnie - trafiła niecałe dwa lata później. I się zadomowiła.
Zabawa polega na tym, że ktoś znajduje miejsce, które chciałby pokazać innym albo wpada na inny genialny pomysł - i w tylko sobie znanym miejscu ukrywa skrzynkę. Później udostępnia jej współrzędne i opis miejsca ukrycia. Później taka ja na przykład może skrzyneczkę znaleźć i wpisem do dziennika potwierdzić fakt "zdobycia skarbu". A jeśli skrzyneczka jest większa niż mikro, to często można w niej znaleźć fanty na wymianę :)
Jako że czwartki mam wolne, a bez pretekstu ciężko się wywlec na spacer przy zachmurzonym niebie i temperaturach niewiele powyżej zera, to biegam sobie po Gdańsku za skarbami. Na razie w moje łapki wpadły 2 :P i jeden słupski. Ale dopiero zaczynam, więc jeszcze nie mogę pochwalić się tym ósmym zmysłem, który pozwala doświadczonym keszerom już na pierwszy rzut oka ustalić miejsca do obmacania/przekopania. A to trzeba zrobić sprawnie, żeby uwagi cywilów nie zwrócić. :)
Robótki na razie leżą i kwiczą - raptem kocyk Jezuskowi podczas Księżniczki Mononoke wyszyłam. A i to niecały. Jutro wrzucę fotkę. Zakładka też tylko kilka-naście białych krzyżyków dostała, bo Anchor ma ceny... cóż... studentką jestem i mimo stypendium naukowego pewne ceny są dla mnie ciut za wysokie. Zwłaszcza przy 20 kolorach w takiej małej pracy. Przeliczymy na DMC i zobaczymy wtedy.
A dziś księżyc w pełni. Albo prawie w pełni. I po lekturze Utopii taką myśl mi ten księżyc wzbudził. Że na ludzi sławnych, bogatych etc, co to świecą własnym blaskiem mówimy "gwiazdy". A na Pana Jezusa mówimy, że to nasze Słonko. Więc w takim układzie, to ja bym chciała być księżycem. Księżycem, który odbija Jezusowe promienie i oświetla ziemię - czyli tych co to ani nie chcą być gwiazdami, ani jeszcze nie potrafią być księżycami :) Ot, taka sobie wieczorna myśl...
Suteki da, ne?
Ale nie będzie o baseballu, ani o produkującej się na temat szczegółów Chylińskiej. Ani o tym, jak pewien faszysta przeoczył maila lub po prostu miał ochotę na rozmowę (czy to już kwalifikuje się jako mobbing?). Bo "szkoda nerw".
Będzie za to o nowym hobby, wypatrzonym już dawno temu, przy okazji kurowania jakiegoś paskudnego przeziębienia, a podjętym niedawno, bo i czas i warunki sprzyjać zaczęły. Mowa o czymś zwanym keszowaniem, a po ludzku (czyli po Lesiowemu) - polowaniem na skarby.
Zabawę zapoczątkował w USA w 2000 roku Dave Ulmer. Do Polski - przynajmniej oficjalnie - trafiła niecałe dwa lata później. I się zadomowiła.
Zabawa polega na tym, że ktoś znajduje miejsce, które chciałby pokazać innym albo wpada na inny genialny pomysł - i w tylko sobie znanym miejscu ukrywa skrzynkę. Później udostępnia jej współrzędne i opis miejsca ukrycia. Później taka ja na przykład może skrzyneczkę znaleźć i wpisem do dziennika potwierdzić fakt "zdobycia skarbu". A jeśli skrzyneczka jest większa niż mikro, to często można w niej znaleźć fanty na wymianę :)
Jako że czwartki mam wolne, a bez pretekstu ciężko się wywlec na spacer przy zachmurzonym niebie i temperaturach niewiele powyżej zera, to biegam sobie po Gdańsku za skarbami. Na razie w moje łapki wpadły 2 :P i jeden słupski. Ale dopiero zaczynam, więc jeszcze nie mogę pochwalić się tym ósmym zmysłem, który pozwala doświadczonym keszerom już na pierwszy rzut oka ustalić miejsca do obmacania/przekopania. A to trzeba zrobić sprawnie, żeby uwagi cywilów nie zwrócić. :)
Robótki na razie leżą i kwiczą - raptem kocyk Jezuskowi podczas Księżniczki Mononoke wyszyłam. A i to niecały. Jutro wrzucę fotkę. Zakładka też tylko kilka-naście białych krzyżyków dostała, bo Anchor ma ceny... cóż... studentką jestem i mimo stypendium naukowego pewne ceny są dla mnie ciut za wysokie. Zwłaszcza przy 20 kolorach w takiej małej pracy. Przeliczymy na DMC i zobaczymy wtedy.
A dziś księżyc w pełni. Albo prawie w pełni. I po lekturze Utopii taką myśl mi ten księżyc wzbudził. Że na ludzi sławnych, bogatych etc, co to świecą własnym blaskiem mówimy "gwiazdy". A na Pana Jezusa mówimy, że to nasze Słonko. Więc w takim układzie, to ja bym chciała być księżycem. Księżycem, który odbija Jezusowe promienie i oświetla ziemię - czyli tych co to ani nie chcą być gwiazdami, ani jeszcze nie potrafią być księżycami :) Ot, taka sobie wieczorna myśl...
Suteki da, ne?
Etykiety:
geocaching,
opencaching,
rekolekcje,
rękodzieło,
studia
środa, 3 lutego 2010
1830km...
1830 km - tyle zgodnie z biletami kolejowymi i mapami google przejechałam w ostatnim tygodniu na trasie Słupsk-Wrocław-Bielsko Biała-Nowy Sącz-Kraków-Słupsk :) Godzin spędzonych w trasie nie liczę, bo nie warto. Warto za to było je poświęcić, żeby spędzić te kilka godzin/dni z ludźmi o naprawdę gorrrrących sercach (co przy takich mrozach i śniegach jakie mamy tej zimy dało się wyraźnie odczuć).
Świat byłby taki ubogi
gdybyśmy się nie spotkali
bo nasza miłość ubogaca świat
ty kochasz mnie, a ciebie ja
Ta prosta pioseneczka stała się nieoficjalnym hymnem 3-dniowych rekolekcji w Bielsku Białej Lipniku, odbywających się pod hasłem Więcej Miłości - teraz i w przyszłości. Śpiewaliśmy ją praktycznie wszędzie - na modlitwach, spotkaniach, pogodnych, podczas dyżurów, a nawet - jak zaczęliśmy marznąć - na Bielskim PKSie :P
Niby tylko 3 dni, ale wydarzyło się tyle, że nie wiadomo, o czym opowiadać. Bo przecież ani konferencje, ani praca w grupach, ani piłkarzyki, ani niemal rozpustne posiłki, ani nawet tańce i insze wygłupy na śniegu nie przeszły bez echa. Więc może na razie tylko tyle. Że byłam i że coś we mnie po nich zostało. Wspomnienia i ważkie pytania. Nowe znajomości. I chęć na powtórkę w czerwcu. A szczegóły może później, przy innej okazji :)
Świat byłby taki ubogi
gdybyśmy się nie spotkali
bo nasza miłość ubogaca świat
ty kochasz mnie, a ciebie ja
Ta prosta pioseneczka stała się nieoficjalnym hymnem 3-dniowych rekolekcji w Bielsku Białej Lipniku, odbywających się pod hasłem Więcej Miłości - teraz i w przyszłości. Śpiewaliśmy ją praktycznie wszędzie - na modlitwach, spotkaniach, pogodnych, podczas dyżurów, a nawet - jak zaczęliśmy marznąć - na Bielskim PKSie :P
Niby tylko 3 dni, ale wydarzyło się tyle, że nie wiadomo, o czym opowiadać. Bo przecież ani konferencje, ani praca w grupach, ani piłkarzyki, ani niemal rozpustne posiłki, ani nawet tańce i insze wygłupy na śniegu nie przeszły bez echa. Więc może na razie tylko tyle. Że byłam i że coś we mnie po nich zostało. Wspomnienia i ważkie pytania. Nowe znajomości. I chęć na powtórkę w czerwcu. A szczegóły może później, przy innej okazji :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)