Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2012

bo H. prosił o nową notkę :)

L. zaczął odkładać fundusze na bilet do i z Poznania. Dla mnie znaczy. Taniej by mu chyba wyszło przepisać ten artykuł w bibliotece, ale kto tam zrozumie faceta.
Pan A. tak samo. Ledwo wyjechałam, już zaczął marudzić, że mam wracać. Że on nawet bilet ufunduje.
Co im odbiło? :)

Jasne, Pierwsza powiedziała mi ostatnio, że jestem cudem Bożym. Bo zaraz po urodzeniu nie oddychałam, a jednak jestem tu i trzymam się całkiem nieźle. Fakt, to cud, że stworek, któremu na początku nie za bardzo chciało się żyć (bo jak inaczej wyjaśnić ten bezdech i inne kiepskie parametry?) - że ten stworek po dwudziestu kilku latach wciąż żyje i stara się... wróć, próbuje - stara się to trochę za mocne określenie - próbuje żyć dla innych.

Tak mnie sobie Pan Bóg zaplanował. Żebym wpadła na kilka osób i przyniosła im przynajmniej troszkę radości, przynajmniej troszkę ciężaru zabrała z ich ramion. Wyznaczył mi zadanie i jeszcze trochę potrwa, zanim do końca wywiążę się z umowy.
Na razie mam wrażenie, że wciąż jestem na okresie próbnym/w trakcie szkolenia. Do prawdziwej posady brakuje mi trochę stażu i doświadczenia ;)

Mam tylko ostatnio taką cichą nadzieję, że ten Jego wynalazek (znaczy się ja) - ma wydłużoną gwarancję. Bo nie zawsze pamiętam o przestrzeganiu instrukcji obsługi. A jeśli nawet staram się pamiętać, to zawsze - ale to zawsze - przyłazi taki jeden, czarny rozczochrany, od konkurencji. Twierdzi, że on zna lepszy sposób, żeby to działało. No i człowiek daje się nabrać. A później już sam nie wie, dlaczego ta nie wszystko gra, skoro przecież przestrzega instrukcji (tej nowej)...

Na razie staram się częściej zaglądać do manuala. A w najbliższych dniach - zadzwonić, a właściwie przejść się do helpdeska. Może jeszcze gwarancja obowiązuje i naprawią mnie gratis i od ręki? ^^

niedziela, 8 stycznia 2012

a łyżka na to: "niemożliwe"

Ale jak niemożliwe, kiedy możliwe? Kiedy na to łyżkowe zawołanie aż chciałoby się odpowiedzieć Łukaszowym Dla Boga nie ma nic niemożliwego.

...

Czytając niedawno fanfika, trafiłam na scenę, która przywołała na myśl słowa pewnej osoby, wyrażoną przed kilku laty nadzieję, że przynajmniej przez jakiś czas o niej nie zapomnę. Słowa, których ton sugerował, że już nie raz nowopoznany człowiek obiecywał pamięć, lecz niedługo później znikał. Słowa wypowiedziane z uśmiechem, niby żartem, ale jednak...

Myślę, że to właśnie stąd bierze się w nas często pragnienie, żeby być najlepszym, najszybszym, najbogatszym, najpotężniejszym, najpiękniejszym... żeby mieć najwięcej, wiedzieć najlepiej, najpiękniej coś robić... mówiąc krótko: być i mieć naj - bo przecież takich "naj" się łatwo nie zapomina, a zapomniani - umieramy, choćby i za życia. (Ciekawostka: podobny koncept wypracowały pewne afrykańskie plemiona; duchy zmarłych biorą udział w życiu grupy jako "żywi zmarli", dopóki pamięta o nich ktoś z żyjących, dopiero później odchodzą w niebyt, przestają istnieć.)

A więc jednak: możliwe. Bo Pierwsze Prawo Miłości wciąż brzmi po prostu "Bądź".

Tak w ogóle to cała ta okołonoworoczna wyprawa rozpoczęła się pod znakiem nadziei. Nadziei, którą wyprosiłam, by później pozwolić ją sobie odebrać. I choć od razu dostałam ją z powrotem - smutek pozostał.
Dopiero później ktoś uświadomił mi, że gdyby ta pierwsza nadzieja się spełniła, gdyby do tego spotkania doszło - nie doszłoby prawdopodobnie do innego, na swój sposób ważniejszego i cenniejszego.

A poza tym niespodziewanym (i mam nadzieję choć w połowie tak cieszącym serce dla odwiedzonej, co dla mnie ;) ) - były i inne. Z drobinami radości przyniesionymi w chlebaku. Były i wieczory spędzone w najbardziej rodzinnym pomieszczeniu - kuchni. Był spacery w pogodzie i niepogodzie.
Ot, takie zwyczajne, ludzkie drobiazgi - które cieszą nie same przez siebie, ale przez obecność drugiego człowieka.

Ty i ja - serca dwa

Ty jesteś ciepły - ja ciągle czuję chłód
Gdy jesteś blisko, przytulam świat cały
Jesteś tak blisko - to prawdziwy Cud

Byle do piątku...

niedziela, 9 października 2011

ON

Miałam spędzić ten weekend na Roli. Z pewnym Człowiekiem.
Nie wyszło. Bóg miał własne plany, życie dopada też tych najwspanialszych.

Wczoraj nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Żeby nie myśleć, żeby nie płakać - zakopałam się w lekturze. Trochę pomogło.
Trochę.

Dziś - już przed Mszą - wiedziałam, że coś się będzie działo. Bo postawiłam Mu warunek pójścia do spowiedzi (tak, ja - Jemu! czasem lubię, jak mnie rozpieszcza ;)). Spełnił go w kilka minut.
I choć jeszcze chciało mi się płakać (bo wiecie, dwa lata to kupa czasu - człowiek zdąży się trzy razy co najmniej stęsknić za zwykłym uściskiem) - to już wiedziałam, co mam zrobić.

Zostałam na koncercie. Co ja gadam, koncercie - UWIELBIENIU.

Kto liczył na dobrą muzykę - wyszedł w trakcie. Kto pozwolił się porwać Duchowi, kto pozwolił, by modlitwa, śpiew i taniec stały się modlitwą, uwielbieniem, darem - tego Duch porwał i poniósł.
Wysoko. Pod samiusieńkie Niebo.

Zaprosiłam ich tam do siebie. Tych nieobecnych, do których co jakiś czas wyrywa się serce. A zwłaszcza tego jednego Człowieka.
Posłałam Skrzydlatego i... Tak, otoczyli mnie swoją obecnością. Tak bardzo czułam ich miłość - i Jego Miłość - że ogarnął mnie spokój, jakiego dawno nie zaznałam.
Nieważne, że dwa metry dalej stał głośnik, że zespół szalał na gitarze i perkusji, że ludzie wokół śpiewali ile fabryka dała - ja stałam w bezruchu, niemal śpiąc na stojąco. Nie było trzeba nic. Zupełnie nic.
Czułam się kochana i bezpieczna. W dłoni mojego BOGA.


A później pobiegłam do domu. Ktoś powie: "Głupia, po co biegła, skoro pogoda akurat na przyjemny wieczorny spacer".
Bo mogę.
Bo mam te dwie nogi, które choć czasem odstawiają różne numery, to jednak poniosą mnie ulicami.
Bo mam te płuca, które jeszcze jakiś czas temu buntowały się po 10-15 metrach biegu, a teraz pozwalają przebiec przynajmniej całą ulicę.

Bo żyję.

Siła i moc moja w Tobie
Siła i moc moja w TOBIE!

Amen.

wtorek, 20 września 2011

przekorna miłość Pana Zastępów

Wiem, wiem - u Izajasza ta miłość była zazdrosna. Ale u mnie tym razem będzie (a właściwie była) przekorna.
Ale po kolei - najpierw ważnych odkryć i nauki ciąg dalszy. Później ciutka dzielenia się wrażeniami z czuwania skrzatuskiego. A na koniec - jak ta wisienka na torcie - o tej przekornej Miłości.

A więc nauka. Ta z gatunku trudnych. Walcząc z czymś od dłuższego czasu, po raz kolejny (przestałam już je właściwie liczyć) znalazłam się w ślepym zaułku. Albo na zakręcie. Albo - znów nawiązując do Haibane - na torach.
Stoję więc na tych moich torach, słyszę zbliżający się pociąg i... I nic. Stoję i czekam, aż ktoś mnie uratuje.

Nikt mi nie pomógł. Nigdy.
Bo nie prosiłaś o pomoc.
Bałam się. A co, gdybym zawołała, a i tak nikt by nie odpowiedział?


Jeśli nie chcę skończyć jak Reki, jeśli nie chcę, żeby ten pociąg znowu mnie przejechał - muszę nauczyć się wołać o pomoc.

To jedna ze spraw, które dotarły do mnie w trakcie tegorocznego skrzatuskiego czuwania.
Czuwania, które w tym roku odbyło się pod hasłem "Człowiek Jezusa zwycięża" - ot, już na dzień dobry taka obietnica na przyszłość.

W autokarze stwierdziłam z dość przykrym zaskoczeniem, że to już nie to samo, co przed kilku laty. To już nie jest pielgrzymka młodzieży do stóp skrzatuskiej Matki, ale "wyjazd na czuwanie". Tyle narzekania. :)

W samym sanktuarium... było niebiańsko. Mimo wszystkiego i wszystkich.
Na samym początku - wiadomo - prosiliśmy o Ducha. I Duch przyszedł do wszystkich, którzy tego chcieli. Którzy byli gotowi otworzyć się i modlić się wszystkim, co im dane: śpiewem, tańcem, milczeniem. A ci, którzy tego nie chcieli... cóż, zawsze przecież można ze znudzeniem siedzieć, grać w karty, jeść i pić, czy nawet leżeć i bawić się telefonem w czasie adoracji, prawda?

Racja, miałam nie narzekać. Miało być za to o przekornej Miłości.
Jakiś tydzień przed czuwaniem dowiedziałam się, że nie będzie tam osoby, na spotkanie z którą bardzo liczyłam. Dwa dni chodziłam nadąsana na Boga, zanim postanowiłam uczyć się postawy małego Haibane.
Wciąż jednak nie potrafiłam się z tym pogodzić, więc przed wyjazdem modliłam się, by nie powtórzyła się sytuacja (skądinąd sympatyczna) z zeszłego roku; żeby - jeśli nie może posłać do mnie tej jednej osoby, to żeby nie posyłał mi nikogo innego.
I nie posłał. Ale za to zaraz w trakcie koncertu/uwielbienia Gospel Rain wciągnął mnie w roztańczoną grupę znajomych. W czasie przerwy podarował chwilę upragnionej samotności, ale za to samotności owocnej, podczas której narodził się ciąg dalszy nie-Baśni. A później znów porwał do jeszcze innej grupy.
Aż przyszła adoracja. Tak, ta podczas której to i owo do mnie dotarło. Jedna z takich chwil, kiedy człowiek tęskni bardziej. Aż tu w tłumie raz i drugi mignie postać, która przypomina tę wytęsknioną. Zupełnie jakby ktoś chciał człowiekowi zrobić na złość, prawda?
Ale nie - dotarło do mnie trochę później. To nie, żeby na złość, ale żeby upewnić, że ona mi towarzyszy - nawet jeśli nie ciałem, to duchem - w czasie tych trudnych chwil.


No i wreszcie - ten sms o pierwszej w nocy. Kiedy postanowiłam "doczuwać" do Słupska. Przeczytać wtedy takie słowa - bezcenne.
A jeszcze cenniejsza - obietnica spotkania. W miejscu na swój sposób ważnym.
I to już niedługo.

Miłość jest cierpliwa, Miłość jest łaskawa,
Miłość jest największa, Miłość nadaje sens!
Miłość jest niepojęta, Miłość nie - nie zazdrości,
Miłość wszystko przetrzyma, Miłość największa jest!

Suteki da, ne!

czwartek, 14 lipca 2011

- Tylko szybko, bo na zakazie stoję.

Ot, takie wspomnienie z pracy sezonowej. Przychodziłam wcześniej, żeby pomóc w tym czy tamtym, więc różne sytuacje i osoby napotykałam.
Była taka jedna. Wesoła, rozgadana i ranki zawsze wyglądały tak samo.
Kiedy tylko znajome kroki zaszurały w korytarzu, wszystko szło na bok, bo wiadomo było, że za chwilę wpadnie przez drzwi i zawoła: "Tylko szybko, bo na zakazie". Czasami nawet nie musiała wołać, same śmiałyśmy się: "Zakaz? Zakaz."


Po co o tym piszę? Tak sobie. Bo miłe wspomnienie. I może dlatego, żeby nie pisać o takim jednym, który mnie dzisiaj wkurza swoją postawą. Zero zrozumienia, zero prób porozumienia. Mówi się trudno. Kuchnia też jest wygodna.

Ups, miałam nie pisać ^^


Anyway, znajduję ostatnio perwersyjną przyjemność w pochłanianiu kolejnych tomików Marimite. Dlaczemu perwersyjną?
Bo z jednej strony wiem, że jeszcze tylko 3 części do końca mi zostały (jakieś 300 stron). A z drugiej rzucam się, wciągam nałogowo kolejne rozdziały. Chcę sobie odmówić, żeby na dłużej starczyło, a jednocześnie nie oszczędzam. I to mnie bawi. Ot, perwersja taka.


Zapowiedzi z tylnej okładki potrafią wieeeleee wyjaśnić nawet bez otwierania książki. Przynajmniej mogę zacząć 30 tomik na spokojnie, podejrzewając, po co Sachiko zakuwała i co miała na myśli, mówiąc, że "pali za sobą mosty" (a nie powiem, nerwóweczka była, kiedy czytałam tę scenę).

Tyle na dziś. W głośnikach Groban i Maria-sama no kokoro, na kartce rozkmina kolejnej lekcji japońskiego, a w głowie pusto...

poniedziałek, 11 lipca 2011

Maria-sama no kokoro

Miał być post.
Później miało go nie być.
Jeszcze później miał powstać.

Ostatecznie - nie ma go.


Zamiast tego piosenka. Jeden z tych momentów, dzięki którym seria OVA została moją ulubioną częścią animowanego Marimite, dzięki którym znowu mam motywację do nauki języka (żeby kiedyś przeczytać te sceny w nowelce)...

niedziela, 10 kwietnia 2011

for now

Usiądź. Sprawiasz wrażenie tymczasowości.

Tak mi mówiła pewna Ruda Paskuda, gdy w trakcie rekolekcji wpadałam do jej pokoju.

Tymczasowość. Ale czy to tak źle? Przecież nic nie może wiecznie trwać i ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, a które nadejdą, bo ta chwila która trwa jest - tymczasowa.

Wszystko jest nam dane tylko na pewien czas. I często jest tak, że im krócej coś trwa, tym bardziej sobie to cenimy. Kilkuminutowa rozmowa, na którą czekało się cały rok może być większym skarbem niż gadanie trzy po trzy do jasnych zórz z czystej radości.

Dziś po raz kolejny upewniłam się, że gdybym miała - jak nas kiedyś zapytywała Miszczyni - za kilka minut stracić wzrok lub słuch, to wolałabym ocalić słuch. Nie tylko dla muzyki. Dla głosów. Dla tej radości jaką daje usłyszenie jednego zdania czy choćby słowa wypowiedzianego tak bliskim sercu tonem w trakcie próby, którą gdzieś tam kiedyś się nagrało.

Mainichi ga kiseki - nie zapominajmy!

niedziela, 20 marca 2011

cycki i melankolija

Właściwie to nie cycki, a piersi i to w kontekście. Bo jak wiele zależy od kontekstu i podejścia. Można lekceważąco, jak na demotach: "są cycki, jest główna". Można i wulgarnie, bez szacunku, jak w filmach wiadomej treści. A można pięknie, z szacunkiem, podziwem, tak że aż trafią do pieśni w trakcie Mszy:

Wychowałam Cię synku
Wykarmiłam własną piersią
Kiedyś płakał nie mógł zasnąć
Usypiałam cichą pieśnią


I chyba tak wolę. Czule, pięknie i tak jakoś... po prostu.

A melankolija? Bo nie wiedzieć dlaczego, wracają nagle wspomnienia spotkań z Dwiema. Te pierwsze, sprzed lat 8 i te ostatnie sprzed 8 ale tygodni (mniej więcej ^^). Drobiazgi: ot, jakieś słowo, latarka na drodze, podróż pociągiem, film... każdy gest, uśmiech, dotyk... całe to ciepło. I tak jakoś ciepło się robi, mimo że wieczory jeszcze zimne. I choć dłonie marzną, to tam w środku - lato.

Piosenka od i dla tej Pierwszej. A dla Drugiej - komunia, bo więcej nie mam, a zaczęła się śnić.

czwartek, 10 marca 2011

Pamiętałaś

Ano, pamiętałam. Drobiazg, sama proponowałam. Głupio byłoby zapomnieć. Zwłaszcza temu człowieczkowi. A jednak ten uśmiech i obietnica wielkopostnego męczenia taty w drodze do domu poprawia nastrój popsuty życiem.

Albo powrót. Wieczór, niebo czyste, więc ciemne. Neony, światła aut, okien, drogowe... Jest w tym jakaś niewątpliwa magia.

I tylko dalej rozmowa przez telefon jest za trudna. Wiem, jestem dziwna, ale nie potrafię. Komunikacja jest dla mnie zaburzona, to całe "turn taking" się miesza i w ogóle... A zwłaszcza w takie dni jak dziś, gdy chciałoby się usłyszeć ten kochany głos, pochwalić się małym zwycięstwem na uczelni, pożalić na kłopoty w rodzinie... Ale nie, nie potrafię, bo to, bo tamto, bo sralis masgalis referendum tuptuś.

A na deser dżem z miodem.

Tylko wtedy ten człowieczek uśmiecha się, gdy mówię, że tak, nie ma problemu, spróbuję się przenieść do drugiej grupy, żebyśmy mimo zamieszania i depresji wykładowcy (podobno) mogły się dalej co tydzień widywać. Choćby przez te 1.5 godziny. Przecież to żaden problem, tak? Ten uśmiech uskrzydla...

W głośniczkach króluje WMU, odkopany po ładnych kilku latach. Przypominający wyjazdy z x. Wojtkiem i spotkania Diakonii Modlitwy. Z siostrą Danusią vel Amelią i z tą kochaną, do której nie mogę zadzwonić :P

Suteki da ne?

sobota, 5 marca 2011

Tak po prostu

Lubię taką pogodę. Niby jeszcze śnieg zalega po trawnikach, niby jeszcze nad ranem mróz, ale już w powietrzu czuje się wiosnę. Już jest cieplej i słonko grzeje, jakby próbowało nadrobić stracone miesiące.

Magisterka w polu. Faza "na co się porwałam, nigdy tego nie skończę" trwa. Niby powoli rozpracowuję piosenki, ale zaczynam poważnie obawiać się, czy zdążę na pierwszy termin obrony. Który w moim przypadku prawie na pewno będzie jedynym, bo później może zabraknąć motywacji.

Keszowanie za Uśmiech powoli trwa. W ramach akcji znalazłam jakieś.. 46 czy 47 skrzynek, więc jak do tej pory na konto Operation Smile (o, przepraszam, od jakiegoś czasu Operation Smile Train)powędrowało 15$ czyli 6% kosztu operacji jednego malucha. Do końca daleka droga, ale kiedyś się uda :) Na razie planuję akcję trochę innego typu, tym razem na rzecz Sanctuary for Kids - kanadyjskiej fundacji pomagającej między innymi Nepal Orphans Home ;)

Porwałam się na coś jeszcze (tak, tak, niby przednówek i snuję się jak duch, bez chęci do życia, ale imam się projektów wszelkiej maści jak rzep psiego ogona - syndrom unikania magisterki? :P) - złożenie biuletynu koła naukowego Linguana. Przeglądam materiały i mam huśtawkę, raz stwierdzam, że to prościzna, raz - że po raz kolejny się przeceniłam. Anyway, dziś wieczorkiem albo jutro odpalam Scribusa i zaczynam walkę. Trzymajcie kciuki!



A ułomki chleba, które zostaną, rozdaj tym, którzy nie wierzą w swój głód...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

pies sumienia

Bo choć Pan Jezus nie chodzi w gumiakach i kapelusiku z piórkiem na niemiecko-austriacką modłę, a już na pewno nie ma spodni na szelka (chociaż, kto wie?), to i tak jest naszym Pasterzem.

Zakładka pana Powella skończona. Wyrwała się w dobre łapki, więc sobie będę musiała drugą wyszyć. Ale najpierw parę innych projektów, więc jak do tej pory będę zakładać lektury kartą biblioteczną/ekartą/pocztówkami/zdjęciami i innymi takimi :D

Photobucket

A ustawienie Avenue Q Theme w roli budzika było najgorszą decyzją w moim życiu :( Już tego słuchać nie mogę ;(

sobota, 17 kwietnia 2010

What a Wonderful World...

I see trees of green, red roses too
I see them bloom for me and you
And I think to myself what a wonderful world.

I see skies of blue and clouds of white
The bright blessed day, the dark sacred night
And I think to myself what a wonderful world.

The colors of the rainbow so pretty in the sky
Are also on the faces of people going by
I see friends shaking hands saying how do you do
They're really saying I love you.


I hear babies crying, I watch them grow
They'll learn much more than I'll never know
And I think to myself what a wonderful world
Yes I think to myself what a wonderful world.




Suteki da ne? ^^

piątek, 19 marca 2010

tak sobie...

Czasem to aż słów brak, jak człowiek może być głupi. Już sobie obiecywał, że się poprawi. Że koniec, bo ile można te same błędy popełniać. I co? I pupa. Jestem beznadziejna...
Jutro nowy dzień. Obym się pozbierała, bo czasu coraz mniej.

But I'd rather have you, all of you just the way you are, than everything else with someone who is not you.

Richard. Do Kahlan. Po tym jak się okazało, że jednak dalej nie mogą być razem, bo ona jest Spowiedniczką, a producent nie chce tego rozwiązać tak jak w książce.
Ale do mnie te słowa trafiają jeszcze w inny sposób. Bo ktoś też chce mnie taką, jaka jestem. Ze wszystkimi ułomnościami, słabościami, głupotami... Mnie, a nie kogoś innego...

I znowu Turbo i pytania o miniony dzień...



A to dla Dorotki :) Może uda się wylosować takiego ślicznego kociaczka, jakiego chce w dobre ręce oddać Sabinka. A wtedy moje maleństwo dostałoby prezent na poprawę humoru przed maturkami.

piątek, 12 marca 2010

Avenue Q

Why you all so happy?

'Cause our life sucks!



No cóż, każdy powód jest dobry, żeby się cieszyć. A cytacik pochodzi z ostatniej muzycznej miłości, czyli musicalu Avenue Q. Szkoda tylko, że nie dowiedziałam się o nim parę lat wcześniej i nie mieszkam w Stanach. Zobaczyć to na żywo... Ze Stephanie D'Abruzzo w roli Kate Monster... mrrr...

Anyway, musical jako się rzekło - wciągający, to i miał pecha zostać tematem (tym razem już chyba ostatecznym) mojej magisterki. Czyli bierzemy się za tłumaczenie i pisanie komentarzy.

Nadgarstki i reszta kości mi się zbuntowała, więc zostałam zapakowana pod koc. Coś w tym czasie trzeba robić. Więc nadganiamy gobelin. O, tak nadganiamy:
Photobucket



A na poprawę humoru - bo pogoda nietęga i bo jeszcze tu i ówdzie pobolewa, pozapisywałam się na cukieraski różne :D Może gdzieś się poszczęści i jakieś cudeńko wpadnie w moje łapki?
To po kolei:
-Marta rozdaje śliczniaste zestawy do hafcików. Takie o:

I takie:

-Anetka świętuje rocznicę ślubu rozdając między innymi organizerek na mulinki ;)

środa, 3 lutego 2010

1830km...

1830 km - tyle zgodnie z biletami kolejowymi i mapami google przejechałam w ostatnim tygodniu na trasie Słupsk-Wrocław-Bielsko Biała-Nowy Sącz-Kraków-Słupsk :) Godzin spędzonych w trasie nie liczę, bo nie warto. Warto za to było je poświęcić, żeby spędzić te kilka godzin/dni z ludźmi o naprawdę gorrrrących sercach (co przy takich mrozach i śniegach jakie mamy tej zimy dało się wyraźnie odczuć).

Świat byłby taki ubogi
gdybyśmy się nie spotkali
bo nasza miłość ubogaca świat
ty kochasz mnie, a ciebie ja


Ta prosta pioseneczka stała się nieoficjalnym hymnem 3-dniowych rekolekcji w Bielsku Białej Lipniku, odbywających się pod hasłem Więcej Miłości - teraz i w przyszłości. Śpiewaliśmy ją praktycznie wszędzie - na modlitwach, spotkaniach, pogodnych, podczas dyżurów, a nawet - jak zaczęliśmy marznąć - na Bielskim PKSie :P
Niby tylko 3 dni, ale wydarzyło się tyle, że nie wiadomo, o czym opowiadać. Bo przecież ani konferencje, ani praca w grupach, ani piłkarzyki, ani niemal rozpustne posiłki, ani nawet tańce i insze wygłupy na śniegu nie przeszły bez echa. Więc może na razie tylko tyle. Że byłam i że coś we mnie po nich zostało. Wspomnienia i ważkie pytania. Nowe znajomości. I chęć na powtórkę w czerwcu. A szczegóły może później, przy innej okazji :)

sobota, 16 stycznia 2010

Yatta!

Znaczy udało się, znaczy sukces, znaczy jedziemy :D Ale po kolei.

Jeszcze tylko tydzień męczenia i biegania za wpisami (plus wizyta u endo), a 25 jedziemy z Wioletą do Bielska-Białej Lipnika na rekolekcje u sióstr szkolnych. Ciocia Weronika zaprosiła, pociągi nawet tam jeżdżą, więc czeka nas piękne 5 dni :) Czas zacząć odliczanie.
A po reko powrót przez Wrocław i - jak Bóg da - to i przez Różewo :) Ach, wpaść choćby na godzinkę do Joleńki...

Ale na razie uzupełnianie prac domowych, czyli pastiszów, polemik, opisów sytuacji i innych cudów niewidów. Dobrze, że choć fragment monologu dla imć Limona dziś zrobiłam. Z czego to, kto zgadnie?:

Kim dlań Hakuba, cóż on dla niej znaczy,
by łzy wylewać? Co mógłby zdziałać,
gdyby mu dano trawiący mnie teraz
żar pasji? Scenę by skąpał w łzach swoich,
poraził widza strasznej mowy mocą:
przeraził winnych, a wolnych zachwycił,
głupca by zmieszał, poruszył prawdziwie
ucho i oko zebranych. Ja zaś,
łotr obojętny, niepomny swej sprawy,
coraz się głębiej w bezsilność pogrążam
i się nie ważę wyrzec ani słowa
w obronie Króla, na którego życie
zamach powzięto.


Na tapecie na zmianę Haibanki (tłumaczenie właśnie przechodzi korektę, biedna Frrr ;) ) i Onegai Teacher. To drugie to głównie ze względu na nowelkę, która jednak okazała się pewnym rozczarowaniem. Szczegóły czyli recenzja - jutro :P

A na pożegnanie zostawiam kołysankę w wykonaniu ś.p. Kawai Eri... cóż, tam w górze też potrzebują dobrych głosów do Chóru ;)

sobota, 26 grudnia 2009

parszywek

Parszywek czyli ja. Jak to jest, że głupie przeziębienie, zwykły katar rozkłada człowieka na łopatki? Człowieka, który z poważniejszymi dolegliwościami chodził zaliczać testy z gramatyki? I do tego uszy mi zatyka... błee...

Ale ja nie o tym. Ja dziś o Murakamim. Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland. Przeczytane głównie ze względu na niegasnącą miłość do szaroskrzydłych czyli Haibane Renmei.



Na początek pewne rozczarowanie. Murakamiego na polski tłumaczą 3 panie - z moich dotychczasowych obserwacji wynika, że najlepiej radzi z nim sobie pani Anna Zielińska-Eliott. W jej wykonaniu te opowieści płyną, a język zyskuje nowe, specyficzne frazy. Może to kalki z oryginału (na co tłumacze powinni uważać), ale nadają historiom pewnego smaczku. Niestety, Koniec Świata... przeszedł przez warsztat pani Anny Horikoshi. Nie można powiedzieć, że to moja ulubiona tłumaczka Murakamiego. Zbyt wiele rzeczy wyjaśnia, zbyt wiele pojęć upraszcza. Dla czytelnika nieobeznanego choćby z kuchnią japońską może to i dobrze, ale dla osoby znającej przynajmniej podstawy takie dopowiadanie jest denerwujące.

Wracając do książki. Sekai-no owari-to hado boirudo wandarando to opowieść dwuplanowa. Tradycyjnie już u Murakamiego bohaterem jest 35-letni rozwodnik, któremu życie przecieka między palcami. Mężczyzna pracuje dla Systemu jako cyfrant, szyfrując dane, by nie dostały się w ręce symbolantów z Fabryki. Później wszystko okaże się mistyfikacją, a sam bohater - królikiem doświadczalnym genialnego profesora, którego zakochana w różu wnuczka przeprowadzi bohatera przez podziemne tunele.
Drugi świat, czyli tytułowy Koniec Świata to Miasto otoczone murem. W Mieście jest wszystko, czego potrzeba, choć zarazem nie ma najważniejszego. Ale ludziom tego najważniejszego nie brakuje. Ceną za "doskonały spokój" jest pozbycie się serca, a wraz z nim złych emocji: nienawiści, rozpaczy, smutku. A przecież nie można pozbyć się tego, nie poświęcając jednocześnie radości, szczęścia i miłości.

Nie mogę pozbyć się serca - myślałem. Nawet jeśli będzie mi z nim bardzo ciężko, znów przyjdzie kiedyś taka chwila, gdy moje serce poszybuje jak ptak na wietrze, a widok, jaki się przed nim roztoczy, obejmie całą wieczność. Potrafiło się przecież zanurzyć nawet w dźwięku tej małej harmonii.

Cyfrant na zawsze pogrąża się w swojej podświadomości, młodzieniec zostaje w Mieście. Dla obu Koniec Świata staje się w pewien sposób końcem. Obaj dopiero na koniec - gdy ich czas się kończy - zaczynają dostrzegać to, co naprawdę ważne i cenne.

Książkę czytało się nienajgorzej. Z przyjemnością odnajdywałam wszystkie elementy, miejsca i zdarzenia, które Yoshitoshi ABe zawarł w opowieści o skrzydlakach.
I to właśnie Haibane zostaną dla mnie prawdziwymi mieszkańcami Miasta na Końcu świata. Miasta Guri czy też Glie, otoczonego murem, który tylko ptaki mogą pokonać. Bo to właśnie to miasto uczy, jak iść naprzód. Jak dojrzewać, dorastać, wzlatywać. Jak pokonywać siebie i własne słabości.

czwartek, 10 grudnia 2009

Crazy World

Crazy world
Full of crazy contradictions...


Bo czasem jest tak, że trzeba podjąć trudną decyzję. I nie zawsze jest ktoś, komu można się wygadać i kto wtedy przytuli.
Ale tak jest. Świat pełen sprzeczności. Rano uśmiech, wieczorem deszcz. Dziś słońce, jutro - łzy. Szalona jazda na rollercosterze.

Na szczęście zawsze jest J.A. Victor/Victoria - Le Jazz Hot! Sound of Music - I Have Confidence, My Favourite Things, Do-Re-Mi.

Do - to dom, rodzinny dom
Re - refrenu wspólny śpiew
Mi - miłości wielki dar
Fa - na morzu fali szmer
Sol - solisty piękny głos
La - latarni jasny krąg
Si - po włosku znaczy Tak


Bo kiedyś przyjdzie ten czas, że się spotkamy. I wtedy te wyczekane chwile będą jeszcze słodsze. Dziś deszcz, jutro - tęcza



I've got my pride - I won't give in
Even though I know I'll never win
How I love this crazy world!