To liczymy. Jak zwykle z duuużym opóźnieniem, ale jak mawia Pierwsza - liczą się intencje. I dlatego, że Akuś męczy ^^
Międzyświęcie spędziłam we Wrocławiu. Tradycyjnie już obrałam sobie za cel przegonienie Akiego po ~całym~ mieście i opłotkach, żeby się po Wielkanocnym zasiedzeniu rozruszał. Na odciski tym razem nie narzekał, więc chyba za mało jednak chodziliśmy ^^ Wpadło parę keszy, a przy okazji pękła mi pierwsza setka znalezień.
Z ciekawostek - 100. skrzynka to "Priorytetem proszę!"... Poczta Polska prześladować mnie będzie chyba już do końca życia. Razem z Miśkiewiczem. Bo przecież jesteśmy na niego "dożywotnio skazani".
O rozbieraniu na kawałki zabytkowych budowli obronnych nie wspomnę, bo nie wypada :P
Anyway, WrocLove okazał się - zgodnie z oficjalnym hasłem reklamowym - miejscem spotkań. Bo tak: w środę Pani Miszczyni doczołgała się na kawę i nawet ślubnego zaciągnęła do towarzystwa. Ja miałam lekki odlot i głupawki dostawałam, tylko już nie pamiętam po czym. Hmm... ale to musiało być coś dobrego :P W piątek Aki poszedł do pracy wybierać menu na maj (^^), więc skoczyłam do Poznania. A szafmen przyprowadził kolegę i było wesoło. Bez macania armat i zbereźnych dowcipów się nie obyło :P
Czwartek mi umknął. W czwartek Braciach for our sake przełożył lekowanie się na późniejszą godzinę i znowu skończyliśmy w herbaciarni. Brat - ja cię z tym ZOO jeszcze dopadnę!
No i sobota. Sobota to oddzielna historia. Jak już się nie udało zebrać całej ekipy w jeden dzień, to spotykaliśmy się na raty. W sobotę padło na Eks-Postrach-Klanu-Miszczynię, Lori :D Jak się duet A+D zebrał, to się postanowił zabawić cudzym kosztem. Sms z potwierdzeniem i miejscem spotkania wyglądał tak: "koordy (jej bloku). Ubierz coś, co można pobrudzić." Pięć minut później telefon. Z pytaniem, o miejsce spotkania? Nie... Gdzie leziemy, skoro pobrudzić? Nie... To by za proste było. "Jak bardzo pobrudzić?" :P Koniec końców, wylądowaliśmy - bardzo grzecznie i niebrudząco - w ogrodzie Ossolineum i na Ostrowie, ale cośmy się uśmiali to nasze.
Szkoda tylko, że Piła i spotkanie z Pierwszą nie wyszło. Ciekawe, ale nie jest mi aż tak bardzo żal. Może dlatego, że powiedziała mi kiedyś, że jak przyjdzie właściwy czas, to się spotkamy. Jakoś nie potrafię jej nie wierzyć...
Tyle tytułem zaległości (i odwlekania pisania magisterki :P)
Suteki da ne?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geocaching. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą geocaching. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 9 maja 2011
poniedziałek, 13 września 2010
Keszowanie za Uśmiech
Miałam szczęście. Urodziłam się w kraju, gdzie zajęcza warga nie jest wielkim problemem. Kuzynka, która urodziła się z tym problemem, dość szybko przeszła operację.
Są jednak dzieciaki, które nie miały takiego szczęścia. Rozszczepione podniebienie czy warga uniemożliwiają im normalne życie - niemal życie w ogóle!
Właśnie takim dzieciakom pomaga Operacja Uśmiech.
Zachęcona przykładem jednej z ich ambasadorek, Romy Downey, rozpoczęłam tego lata projekt Keszowanie za Uśmiech. Łącząc przyjemne z pożytecznym, za każdego znalezionego kesza odkładam do pojemniczka 1 zł i co jakiś czas będę zebrane fundusze przelewać na konto fundacji.
Po co o tym piszę? Może ktoś jeszcze dołączy? Może razem uzbieramy na operację małego człowieka i podarujemy mu nowy uśmiech dzięki temu, co dało uśmiech nam?
Za jakiś czas zdam raport z tego, ile skrzyneczek już znalazłam w ramach projektu i ile $$ trafiło dla maluszków :)
Są jednak dzieciaki, które nie miały takiego szczęścia. Rozszczepione podniebienie czy warga uniemożliwiają im normalne życie - niemal życie w ogóle!
Właśnie takim dzieciakom pomaga Operacja Uśmiech.
Zachęcona przykładem jednej z ich ambasadorek, Romy Downey, rozpoczęłam tego lata projekt Keszowanie za Uśmiech. Łącząc przyjemne z pożytecznym, za każdego znalezionego kesza odkładam do pojemniczka 1 zł i co jakiś czas będę zebrane fundusze przelewać na konto fundacji.
Po co o tym piszę? Może ktoś jeszcze dołączy? Może razem uzbieramy na operację małego człowieka i podarujemy mu nowy uśmiech dzięki temu, co dało uśmiech nam?
Za jakiś czas zdam raport z tego, ile skrzyneczek już znalazłam w ramach projektu i ile $$ trafiło dla maluszków :)
Etykiety:
geocaching,
opencaching,
operation smile,
roma downy
piątek, 26 lutego 2010
My Baseball
My jako my, nie jako "mój". ^^
Ale nie będzie o baseballu, ani o produkującej się na temat szczegółów Chylińskiej. Ani o tym, jak pewien faszysta przeoczył maila lub po prostu miał ochotę na rozmowę (czy to już kwalifikuje się jako mobbing?). Bo "szkoda nerw".
Będzie za to o nowym hobby, wypatrzonym już dawno temu, przy okazji kurowania jakiegoś paskudnego przeziębienia, a podjętym niedawno, bo i czas i warunki sprzyjać zaczęły. Mowa o czymś zwanym keszowaniem, a po ludzku (czyli po Lesiowemu) - polowaniem na skarby.
Zabawę zapoczątkował w USA w 2000 roku Dave Ulmer. Do Polski - przynajmniej oficjalnie - trafiła niecałe dwa lata później. I się zadomowiła.
Zabawa polega na tym, że ktoś znajduje miejsce, które chciałby pokazać innym albo wpada na inny genialny pomysł - i w tylko sobie znanym miejscu ukrywa skrzynkę. Później udostępnia jej współrzędne i opis miejsca ukrycia. Później taka ja na przykład może skrzyneczkę znaleźć i wpisem do dziennika potwierdzić fakt "zdobycia skarbu". A jeśli skrzyneczka jest większa niż mikro, to często można w niej znaleźć fanty na wymianę :)
Jako że czwartki mam wolne, a bez pretekstu ciężko się wywlec na spacer przy zachmurzonym niebie i temperaturach niewiele powyżej zera, to biegam sobie po Gdańsku za skarbami. Na razie w moje łapki wpadły 2 :P i jeden słupski. Ale dopiero zaczynam, więc jeszcze nie mogę pochwalić się tym ósmym zmysłem, który pozwala doświadczonym keszerom już na pierwszy rzut oka ustalić miejsca do obmacania/przekopania. A to trzeba zrobić sprawnie, żeby uwagi cywilów nie zwrócić. :)
Robótki na razie leżą i kwiczą - raptem kocyk Jezuskowi podczas Księżniczki Mononoke wyszyłam. A i to niecały. Jutro wrzucę fotkę. Zakładka też tylko kilka-naście białych krzyżyków dostała, bo Anchor ma ceny... cóż... studentką jestem i mimo stypendium naukowego pewne ceny są dla mnie ciut za wysokie. Zwłaszcza przy 20 kolorach w takiej małej pracy. Przeliczymy na DMC i zobaczymy wtedy.
A dziś księżyc w pełni. Albo prawie w pełni. I po lekturze Utopii taką myśl mi ten księżyc wzbudził. Że na ludzi sławnych, bogatych etc, co to świecą własnym blaskiem mówimy "gwiazdy". A na Pana Jezusa mówimy, że to nasze Słonko. Więc w takim układzie, to ja bym chciała być księżycem. Księżycem, który odbija Jezusowe promienie i oświetla ziemię - czyli tych co to ani nie chcą być gwiazdami, ani jeszcze nie potrafią być księżycami :) Ot, taka sobie wieczorna myśl...
Suteki da, ne?
Ale nie będzie o baseballu, ani o produkującej się na temat szczegółów Chylińskiej. Ani o tym, jak pewien faszysta przeoczył maila lub po prostu miał ochotę na rozmowę (czy to już kwalifikuje się jako mobbing?). Bo "szkoda nerw".
Będzie za to o nowym hobby, wypatrzonym już dawno temu, przy okazji kurowania jakiegoś paskudnego przeziębienia, a podjętym niedawno, bo i czas i warunki sprzyjać zaczęły. Mowa o czymś zwanym keszowaniem, a po ludzku (czyli po Lesiowemu) - polowaniem na skarby.
Zabawę zapoczątkował w USA w 2000 roku Dave Ulmer. Do Polski - przynajmniej oficjalnie - trafiła niecałe dwa lata później. I się zadomowiła.
Zabawa polega na tym, że ktoś znajduje miejsce, które chciałby pokazać innym albo wpada na inny genialny pomysł - i w tylko sobie znanym miejscu ukrywa skrzynkę. Później udostępnia jej współrzędne i opis miejsca ukrycia. Później taka ja na przykład może skrzyneczkę znaleźć i wpisem do dziennika potwierdzić fakt "zdobycia skarbu". A jeśli skrzyneczka jest większa niż mikro, to często można w niej znaleźć fanty na wymianę :)
Jako że czwartki mam wolne, a bez pretekstu ciężko się wywlec na spacer przy zachmurzonym niebie i temperaturach niewiele powyżej zera, to biegam sobie po Gdańsku za skarbami. Na razie w moje łapki wpadły 2 :P i jeden słupski. Ale dopiero zaczynam, więc jeszcze nie mogę pochwalić się tym ósmym zmysłem, który pozwala doświadczonym keszerom już na pierwszy rzut oka ustalić miejsca do obmacania/przekopania. A to trzeba zrobić sprawnie, żeby uwagi cywilów nie zwrócić. :)
Robótki na razie leżą i kwiczą - raptem kocyk Jezuskowi podczas Księżniczki Mononoke wyszyłam. A i to niecały. Jutro wrzucę fotkę. Zakładka też tylko kilka-naście białych krzyżyków dostała, bo Anchor ma ceny... cóż... studentką jestem i mimo stypendium naukowego pewne ceny są dla mnie ciut za wysokie. Zwłaszcza przy 20 kolorach w takiej małej pracy. Przeliczymy na DMC i zobaczymy wtedy.
A dziś księżyc w pełni. Albo prawie w pełni. I po lekturze Utopii taką myśl mi ten księżyc wzbudził. Że na ludzi sławnych, bogatych etc, co to świecą własnym blaskiem mówimy "gwiazdy". A na Pana Jezusa mówimy, że to nasze Słonko. Więc w takim układzie, to ja bym chciała być księżycem. Księżycem, który odbija Jezusowe promienie i oświetla ziemię - czyli tych co to ani nie chcą być gwiazdami, ani jeszcze nie potrafią być księżycami :) Ot, taka sobie wieczorna myśl...
Suteki da, ne?
Etykiety:
geocaching,
opencaching,
rekolekcje,
rękodzieło,
studia
Subskrybuj:
Posty (Atom)