Pokazywanie postów oznaczonych etykietą light novel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą light novel. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 października 2011

domorosłego tłumacza rozterki

Dlaczego domorosłego, skoro niby jakąś tam szkołę skończyłam? Bo takich rzeczy nas nie uczyli. Niby po co? Lepiej wciskać w głowy kolejną teorię, która nijak ma się do rzeczywistości, ale używa mnóstwa długich i trudnych słów dla poparcia swoich tez.

Słucham? Że niby nie ten język? W sumie... Ale przecież - skąd przekonanie, że książka dotycząca Japonii, dziejąca się w Japonii, szczegółowo oddająca japońskie realia - nie może powstać w dowolnym zachodnim języku? Córki Nipponu nie płaczą - język oryginału: niemiecki; Ulica Tysiąca Kwiatów - język oryginału: angielski.

Niektóre wydawnictwa mogą w tej kwestii liczyć na tzw. "konsultację japonistyczną" - i chwała im za to. Tylko z takiej konsultacji nie wynika nic, co można zastosować szerzej - każdy działa po swojemu i co tytuł, to inne podejście do problemu. (Z drugiej strony, lepsza konsultacja niż wstawianie przypisków typu: "San - przyrostek japoński o znaczeniu grzecznościowym, dodaje się go do imion" - nie wiem, czy tłumaczka wyszła z założenia, że lepsza część prawdy niż prawda zbyt obszerna, ale taki footnote może czasem więcej złego niż dobrego spowodować).

I tu dochodzimy do sedna, czyli "o co mi cho". A chodzi o nieszczęsne honoryfikatory, którym już raz - przy okazji pisania licencjatu - stawiałam czoła.

U nas - rzecz wygląda w miarę prosto. Ot: pan/pani, po imieniu/nazwisku, ew. jakieś pseudonimy i sprawa z głowy. Tam system jest ciut bardziej skomplikowany. Bo: po pierwsze - po imieniu czy po nazwisku. A po drugie - z jakim honoryfikatorem. A tych mamy spory wybór.
Tak z najpopularniejszych: san, kun, chan, sama (w szkole to pewnie jeszcze senpai i sensei).
Tylko tyle? Aż tyle. No bo tak, powiedzmy, że w nowej klasie poznajemy nową koleżankę. To najpierw grzecznie startujemy z nazwiska-san. Później możemy przejść na imię-san, imię-chan, a nawet (jak już razem jedno czy drugie zerwanie razem opłaczemy) do yobisute - czyli zwracania się do siebie bezpośrednio po imieniu. Z kolegą - to już zamiast chan będzie kun, zazwyczaj. Do starszego kolegi - senpai albo sama (ale z imieniem czy nazwiskiem?). I tak dalej, i tak dalej...

W ramach pisania licencjatu badałam preferencje polskich fansuberów co do metod tłumaczenia tych tam powyższych wynalazków. Wyniki wyszły jakie wyszły, okazało się, że równie wiele osób jest za pozostawianiem honoryfikatorów, co za ich dopasowywaniem do polskich realiów. Obie metody mają swoje wady i zalety, wybór i preferencje zależą od wielu czynników - nie wynikajmy w to teraz.
Dość, że czasami wypadałoby honoryfikatory pozostawić - dla klimatu czy dla wyraźniejszego podkreślenia relacji między bohaterami. Dodać ew. notkę dla czytelników/odbiorców, którym nie będzie się chciało sprawdzić znaczenia w jakimkolwiek źródle.

Ale tu pojawia się nowy problem. W jakiej formie wstawić rzeczony honoryfikator, jeśli jego położenie w zdaniu wymaga odmiany? Odmieniać samo imię, a nasz "przyrostek" zostawiać nieodmieniony? Kun czy chan jeszcze to przeżyją, san już niekoniecznie, sama prawie zawsze będzie wyglądać... co najmniej niezgrabnie. (Dla nieprzekonanych dowód, oryginał z jednej ze wspomnianych powyżej książek: "...w przeciwnym wypadku koszty utrzymania Sato-san wzrosłyby niepomiernie." - tak, Sato-san to mężczyzna, co pięknie w powyższym zdaniu widać.) Odmieniać sam honoryfikator, a może jedno i drugie? Tu z kolei niektórzy twierdzą, że to "kłuje w oczy" i "dziwnie wygląda".

A dlaczego mnie to męczy? Bo przymierzam się do nowego fan-projektu, tłumaczenia nowelki, gdzie użyty honoryfikator pozwala przynajmniej zidentyfikować, z której klasy jest narratorka. I początkowo próbowałam unikać konstrukcji, w których musiałabym je odmieniać. Ale ile razy można w krótkim fragmencie określać bohaterkę jako "drugoklasistka", "starsza z dziewcząt" i "pąk"? Nie wspominam już o tym, że przebudowanie zdań, żeby uniknąć jednego i drugiego dość często owocowało sztywnymi lub pokracznymi frazami.

W międzyczasie wpadła mi w ręce Ulica Tysiąca Kwiatów. Tam tłumacz postanowił odmieniać wszystko. I to, co na początku brzmiało dziwnie ("sklep Fukuzawy-sana"), z czasem wtopiło się w tok opowieści, stało integralną częścią języka.
Bo i z jakiego powodu honoryfikatory miałyby pozostać nieodmienione? Myślę, szukam i nie znajduję żadnych gramatycznych przesłanek za uznaniem ich za słowa nieodmienialne. Może jednak się mylę...

Miśki drogie, może ktoś się zlituje i mnie oświeci/podpowie/poradzi - tylko ciut składniej i z lepszymi argumentami niż A., którego przez litość nie zacytuję :P

czwartek, 14 lipca 2011

- Tylko szybko, bo na zakazie stoję.

Ot, takie wspomnienie z pracy sezonowej. Przychodziłam wcześniej, żeby pomóc w tym czy tamtym, więc różne sytuacje i osoby napotykałam.
Była taka jedna. Wesoła, rozgadana i ranki zawsze wyglądały tak samo.
Kiedy tylko znajome kroki zaszurały w korytarzu, wszystko szło na bok, bo wiadomo było, że za chwilę wpadnie przez drzwi i zawoła: "Tylko szybko, bo na zakazie". Czasami nawet nie musiała wołać, same śmiałyśmy się: "Zakaz? Zakaz."


Po co o tym piszę? Tak sobie. Bo miłe wspomnienie. I może dlatego, żeby nie pisać o takim jednym, który mnie dzisiaj wkurza swoją postawą. Zero zrozumienia, zero prób porozumienia. Mówi się trudno. Kuchnia też jest wygodna.

Ups, miałam nie pisać ^^


Anyway, znajduję ostatnio perwersyjną przyjemność w pochłanianiu kolejnych tomików Marimite. Dlaczemu perwersyjną?
Bo z jednej strony wiem, że jeszcze tylko 3 części do końca mi zostały (jakieś 300 stron). A z drugiej rzucam się, wciągam nałogowo kolejne rozdziały. Chcę sobie odmówić, żeby na dłużej starczyło, a jednocześnie nie oszczędzam. I to mnie bawi. Ot, perwersja taka.


Zapowiedzi z tylnej okładki potrafią wieeeleee wyjaśnić nawet bez otwierania książki. Przynajmniej mogę zacząć 30 tomik na spokojnie, podejrzewając, po co Sachiko zakuwała i co miała na myśli, mówiąc, że "pali za sobą mosty" (a nie powiem, nerwóweczka była, kiedy czytałam tę scenę).

Tyle na dziś. W głośnikach Groban i Maria-sama no kokoro, na kartce rozkmina kolejnej lekcji japońskiego, a w głowie pusto...

czwartek, 7 lipca 2011

Let there be peace

Fajrant na dziś. A za mną łazi chęć napisania czegokolwiek. Pewnie wieczorem znowu podłubię przy nowym projekcie ^^
A na razie...

Wspomniałam jakiś czas temu, że klaruje mi się "gust", jeśli chodzi o anime. Ostatnio kiepsko sypiam, więc mam czas na myślenie. I oto tego myślenia efekty.

Generalnie, anime, które mi się podobają, można podzielić na trzy grupy.

1. Grupa jeden vel. "odmóżdżacze". Czyli to, co oglądam, kiedy chcę się odstresować na zasadzie pośmiania się z dowcipów na najniższym możliwym poziome. Tutaj zaliczymy wszelkie serie haremowe, z uczciwą porcją ecchi i fanserwisu (uczciwą, ale nie przesadzoną... ja rozumiem potrzebę "żabich ujęć", "pantsu, pantsu" i nagłych rozbieranek, ale co za dużo, to niezdrowo). Od takich serii fabuły nie wymagam, a czasami to nawet lepiej, jeśli jej nie ma.

Jedyna dopuszczalna w grupie jeden fabuła, to ta z gatunku "on kocha ją, a ona jego, ale sobie o tym nie powiedzą, bo się za bardzo oboje wstydzą i są bardzo niepewni i nie wiedzą, jak ta druga strona zareaguje, a jak sobie wreszcie mówią prawdę, to się okazuje, że z jakiegoś poważnego, starożytnego i tragicznego powodu nie mogą być razem, więc bardzo cierpią i przez jakiś czas się unikają, po czym się okazuje, że sytuacja a) nie jest tak tragiczna, b) można ją jakoś obejść, więc wracają do punktu wyjścia.koniec" :D (śliczne, króciutkie zdanie, nie? :P)

Jak ecchi i haremówka, to i różne typy bohaterek. Za moe nie przepadam (żebym tylko spróbowała, to już w ogóle bym się na faceta kwalifikowała =.=). Za to fajną tsundere nie pogardzę :P Oczywiście, im częściej on obrywa, tym lepiej (*NaruPunch!!!*). Mam słabość do pokojówek (i wszelkiej maści mundurków), panienek z kocimi uszami na przykład (takie "krzyżówki" mają jakąś nazwę, tylko oczywiście jej zabyłam...). Do listy dopiszmy "Miss Perfect!" - znaczy piękną, czułą, dobrze gotującą i takie tam - i lista będzie w sumie kompletna :P

2. Grupa duo vel. "fabuła". W tej grupie fabuła jest nie tylko mile widziana, ale wręcz wymagana. Wspomagana wyraźnie zarysowanymi i rozwijającymi się postaciami, oparta na jakimś dramacie, przyprawiona szczyptą humoru. Ogólnie - coś przypominającego dobrą książkę, tylko że w innej formie podane. Ostatnio było to np Seirei no Moribito czy choćby Utena. Kemono no Souja Erin też by się kwalifikowało (scena śmierci matki głównej bohaterki to moim zdaniem majstersztyk - za dowód niech wystarczy, że ponieważ w tle grał opening, przez dobrych 10 odcinków reagowałam alergicznie już na jego pierwsze dźwięki - tak głęboko kojarzył się z tą sceną) - gdyby nie dobiła go reżyseria (czyt. przesycenie serii flashabackami).

3. I wreszcie grupa trzecia, która nazwy nie dostała :P Generalnie są to serie, których siła - przynajmniej dla mnie - kryje się w postaciach, a właściwie relacjach między nimi. Do tej grupy zaliczę Haibane Renmei, Aria czy teraz pochłaniana Maria-sama ga miteru. Zauważyli prawidłowość, czy mam wykładać dalej?
Dla tych, którzy nie oglądali/nie wyłapali - we wszystkich powyższych pojawia się szczególny rodzaj relacji między dwoma bohaterkami. Coś, co w Marimite któraś z dziewczyn ujęła tak:

Starsza siostra jest od tego, żeby chronić i bronić. Młodsza ma ją wspierać swoją obecnością.


Taka właśnie relacja łączy Yumi i Sachiko, Akari i Alicję, a nawet do pewnego stopnia Rakkę i Reki.
Dlaczego tak mnie przyciągają? Może dlatego, że w młodszej dziewczynie z tych par każdorazowo znajduję swoje odbicie (ok, wyolbrzymione, przerysowane, ale jednak odbicie), a w ich relacjach - coś, czego sama doświadczyłam. Dlatego żal mi ludzi, którzy w fikach uparcie wciskają w te relacje elementy yuri - żal, bo nie poznali tego rodzaju relacji na własnej skórze.

*zastanawia się, czy nie wykasować ostatniego akapitu, ale co na papierze, to napisane :P*


Umm... myśl uciekła. To tyle na dzisiaj :P

Albo nie! Marimite! Jeśli ktoś się zastanawia, czy czytać czy oglądać.
Jeśli chce zrobić i jedno i drugie: pierwszy tom nowelki - trochę przejrzyściej wyjaśnia kwestie Róż, soer i innych, anime i dopiero później reszta nowelek (ew. w miarę równolegle do anime).
Jeśli tylko jedno z dwojga: nowelki, nowelki i jeszcze raz tylko nowelki!
Serial jest poprowadzony bardzo pospiesznie, część scen, które mają największy wydźwięk emocjonalny została paskudnie poobcinana (opinia na podstawie pierwszych 6 tomików i pierwszego sezonu ^^). Z czytaniem może być wprawdzie problem, bo angielskie, nieoficjalne wydanie ma spore dziury (tłumacze woleli popracować najpierw nad tomami, których nie objęła ekranizacja), ale warto.

Kuniec.

A skąd tytuł? Playlista w Winampie, shuffle i oto, co wypadło :P Piosenka, z któregoś tam odcinka "Dotyku Anioła". Irlandzkiego odcinka.


Suteki da ne...

poniedziałek, 4 lipca 2011

Maria-sama ga miteru

Czyli "Maryja Panna patrzy". Albo czuwa. W zależności od sytuacji i kontekstu.

A jednocześnie tytuł serii shoujo nowelek. Shoujo czyli dziewczyńskich. Wciąga niemożebnie, bo trzy wieczory i trzy tomiki za mną. Fakt, że cienkie to-to (aby 130-150 stron na tomik), ale zawsze...

Od czasów odkrycia "Arii" chyba nie trafiłam na nic o podobnej atmosferze. A czegoś takiego właśnie od czasu potrzeba. Trochę różnych osobowości, kilka różnych rodzajów relacji między nimi, a wszystko to podane z odpowiednią porcją cukru (ale nie lukru! żeby o ból zębów nie przyprawić).

I tylko młody krzywo patrzy jak powzdychuję czy niemal piszczę przy co poniektórych scenach. Ale jak się czyta dziewczyńskie książki, to dziewczyńskie reakcje są usprawiedliwione, prawda? :P

Zresztą, jakby nie patrzeć, to dziewczyną jestem. Ponoć :)


Suteki da ne!