poniedziałek, 13 września 2010

Keszowanie za Uśmiech

Miałam szczęście. Urodziłam się w kraju, gdzie zajęcza warga nie jest wielkim problemem. Kuzynka, która urodziła się z tym problemem, dość szybko przeszła operację.

Są jednak dzieciaki, które nie miały takiego szczęścia. Rozszczepione podniebienie czy warga uniemożliwiają im normalne życie - niemal życie w ogóle!

Właśnie takim dzieciakom pomaga Operacja Uśmiech.

Zachęcona przykładem jednej z ich ambasadorek, Romy Downey, rozpoczęłam tego lata projekt Keszowanie za Uśmiech. Łącząc przyjemne z pożytecznym, za każdego znalezionego kesza odkładam do pojemniczka 1 zł i co jakiś czas będę zebrane fundusze przelewać na konto fundacji.

Po co o tym piszę? Może ktoś jeszcze dołączy? Może razem uzbieramy na operację małego człowieka i podarujemy mu nowy uśmiech dzięki temu, co dało uśmiech nam?

Za jakiś czas zdam raport z tego, ile skrzyneczek już znalazłam w ramach projektu i ile $$ trafiło dla maluszków :)

Inner Voice

Zabawne... A właściwie to nie-zabawne, ale to słowo samo ciśnie się na usta.

Piszę już od dawna. Kilku-nastu lat. I nigdy właściwie nie brakowało mi słów. Zawsze miałam ich w obfitości, mogłam czerpać... Nie zawsze były to te właściwe - nie raz i nie dwa zmieniałam, poprawiałam, wykreślałam i pisałam od nowa nie zdania, nie akapity nawet, ale całe sceny.

A teraz?

Krótki scenariusz. Ot, 4 czy 5 scen. Pomysł - budowa domu i odkrycie, co jest prawdziwym domem - chodził za mną od zeszłego roku. Motyw przewodni - Miłość - pojawił się po lutowych rekolekcjach w Bielsku. Zaczęłam pisać. Po powrotnym postoju w Nowym Sączu miałam już gotowe trzy pierwsze sceny. Brakowało czwartej i zakończenia (na które jednak pomysł miałam od początku).
Kolejne nieudane podejścia... Didaskalia skreślane po dodaniu do nich kilku pierwszych słów Narratora. Nie mogłam złapać rytmu. Spisałam zakończenie i brakowało już tylko tej jednej odsłony.
Latem wreszcie (!) przyszła mi do głowy koncepcja sceny. Bardzo ogólna, wciąż brakuje w niej szczegółowego rozplanowania ruchu scenicznego i gestów (co w rzeczy ocierającej się o pantomimę jest ważne).
Zaczęłam więc pisać. Narrator, wejście bohatera i...


... cisza.

Od dwóch miesięcy niedokończona scena czeka w zeszycie na słowa. Jakiekolwiek.



A może problem nie leży w słowach, a w mojej głowie? Może nie potrafię usłyszeć, jak mój wewnętrzny głos zwraca się do mnie tak, jak do mojego bohatera? Może - mimo wszystko - brak mi tego jednego elementu Miłości?

sobota, 3 lipca 2010

Smak, jest smak!

Smak, zapach...

Taka na przykład herbata jęczmienna. Pachnie trochę piwnie. Dziwny zapach i smak też mocno nietypowy. Ale na każdą herbatę trzeba znaleźć swój sposób. Dobrze osłodzona i pita na zimno - to moja wersja. Smakuje nienajgorzej, a podobno dobrze nawadnia, redukuje stresy i inne takie :)
Japończycy mówią na to mugicha i parzą normalnie lub na zimno (takiej jeszcze nie próbowałam i raczej nie spróbuję, bo bez cukru jest dla mnie raczej nie do przełknięcia).
Mugicha to herbata nie dla wszystkich - ze względu na swój specyficzny smak, ale jeśli będziecie mieć możliwość, to warto spróbować. Może akurat ją polubicie i lato będzie bogatsze o nowy napój?

Skoro już przy sprawach kuchennych jesteśmy, to podzielę się przepisem z gatunku "wziąć to co jest w domu, wrzucić w woka i doprawić".
Dziś rano, szukając pomysłu na obiad, stwierdziłam, że mam ochotę na rybę. Ale nie taką w panierce, jak zazwyczaj robi mam~. Pomyślałam i oto, co wyszło:

Trochę inny dorsz
- filet z dorsza (rozmiar w zależności od tego, dla ilu osób gotujemy)
- kawałek pora
- pomidor
- sos sojowy (można zastąpić maggi zmieszanym pół na pół z wodą)

Dorsza dzielimy na spore kawałki, wyjmujemy ości i zdejmujemy skórę. Nie kroimy go zbyt drobno, bo sam się rozpadnie.
Pora kroimy w węższe lub szersze plastry (szersze będą przyjemnie trzeszczeć między zębami, węższe nadadzą tylko smaku) i "rozbieramy" je na kółeczka.
Pomidora obieramy ze skórki, wyjmujemy pestki razem z całą galaretką. Kroimy w wąskie paseczki.

W woku (ew. nieprzywieralnej patelni) rozgrzewamy niewielką ilość oleju. Na gorący olej wrzucamy rybę i krótko przesmażamy (aż przestanie być szklista). Dodajemy pora i uczciwą porcję sosu sojowego. Chwilkę podduszamy całość. Wrzucamy pomidora, zdejmujemy woka z gazu i mieszamy całość.

Podajemy z ryżem.

Przygotowanie nie zajmuje dużo czasu, a danie wychodzi smaczne, lekkie i sycące :)