czwartek, 17 marca 2011

Uśmiechnij się

...żeby cię nie wzięli za nieboszczyka, bo podobno ponury żywy jest tak samo nienaturalny jak uśmiechnięty nieboszczyk.

Taką złotą-platynową myśl umieściła na FB jedna ze znajomych. Autor: Alosza Awdiejew.
Podoba mi się :D

Anyway (czy anyho - jak pisze jedna z dziewczyn na amandowym forum), dziś będzie o jedzeniu. O Japonii nie będzie, choć od soboty pilnie śledzę tweety Makiko Itoh (@makiwi), która dzielnie informuje chętnych o bieżącej sytuacji. Nie będzie, choć w sobotę niewiele mogłam zrobić, ze zdenerwowaniem czekając na jakieś lepsze wieści. Nie będzie i już.

Będzie jedzenie. W tym japońskie :)

Bo chyba ze względu na zbliżającą się wiosnę albo na nawał pracy ciągnie mnie do kuchni i eksperymentów.

Eksperyment 1. Wtorek rano. Późne śniadanie.
Omurice (albo: omuraisu) - czyli ryż z keczupem w jajku. Podejście kolejne.
Poprzednie - w wersji obecnej w filmie Tanpopo - były niezbyt udane. Słodko-pomidorowy ryż niekoniecznie pasował mi do jajka. Zwłaszcza że jajecznicę lubię wysmażoną na wiórki, a tu jednak konsystencja balansuje na granicy półpłynności.

Podejście kolejne, a więc tym razem próba z usuyaki tamago, czyli jajkiem usmażonym na cienko :) tudzież w formie pseudo-omleta (bo jaki to omlet jeśli do rozbitego jajka dodajemy aby łyżeczkę mąki kukurydzianej rozpuszczonej w łyżce wody).

I dopiero takie połączenie okazało się sukcesem! Ryż, przesmażony z keczupem i plasterkiem padlinki, świetnie pasował do jajka. A marynowana kapustka była ciekawym kontrapunktem.

No i ten uśmieszek ^^



No i to tyle na razie. Cdn albo Tbc :)

czwartek, 10 marca 2011

WMU - Zbytnie troski

Co ważniejsze jest: dać wiele czy dać wszystko?
Najpierw daj serce - spotkaj się



I zagadka rozwiązana :D

Pamiętałaś

Ano, pamiętałam. Drobiazg, sama proponowałam. Głupio byłoby zapomnieć. Zwłaszcza temu człowieczkowi. A jednak ten uśmiech i obietnica wielkopostnego męczenia taty w drodze do domu poprawia nastrój popsuty życiem.

Albo powrót. Wieczór, niebo czyste, więc ciemne. Neony, światła aut, okien, drogowe... Jest w tym jakaś niewątpliwa magia.

I tylko dalej rozmowa przez telefon jest za trudna. Wiem, jestem dziwna, ale nie potrafię. Komunikacja jest dla mnie zaburzona, to całe "turn taking" się miesza i w ogóle... A zwłaszcza w takie dni jak dziś, gdy chciałoby się usłyszeć ten kochany głos, pochwalić się małym zwycięstwem na uczelni, pożalić na kłopoty w rodzinie... Ale nie, nie potrafię, bo to, bo tamto, bo sralis masgalis referendum tuptuś.

A na deser dżem z miodem.

Tylko wtedy ten człowieczek uśmiecha się, gdy mówię, że tak, nie ma problemu, spróbuję się przenieść do drugiej grupy, żebyśmy mimo zamieszania i depresji wykładowcy (podobno) mogły się dalej co tydzień widywać. Choćby przez te 1.5 godziny. Przecież to żaden problem, tak? Ten uśmiech uskrzydla...

W głośniczkach króluje WMU, odkopany po ładnych kilku latach. Przypominający wyjazdy z x. Wojtkiem i spotkania Diakonii Modlitwy. Z siostrą Danusią vel Amelią i z tą kochaną, do której nie mogę zadzwonić :P

Suteki da ne?