Zabawne... A właściwie to nie-zabawne, ale to słowo samo ciśnie się na usta.
Piszę już od dawna. Kilku-nastu lat. I nigdy właściwie nie brakowało mi słów. Zawsze miałam ich w obfitości, mogłam czerpać... Nie zawsze były to te właściwe - nie raz i nie dwa zmieniałam, poprawiałam, wykreślałam i pisałam od nowa nie zdania, nie akapity nawet, ale całe sceny.
A teraz?
Krótki scenariusz. Ot, 4 czy 5 scen. Pomysł - budowa domu i odkrycie, co jest prawdziwym domem - chodził za mną od zeszłego roku. Motyw przewodni - Miłość - pojawił się po lutowych rekolekcjach w Bielsku. Zaczęłam pisać. Po powrotnym postoju w Nowym Sączu miałam już gotowe trzy pierwsze sceny. Brakowało czwartej i zakończenia (na które jednak pomysł miałam od początku).
Kolejne nieudane podejścia... Didaskalia skreślane po dodaniu do nich kilku pierwszych słów Narratora. Nie mogłam złapać rytmu. Spisałam zakończenie i brakowało już tylko tej jednej odsłony.
Latem wreszcie (!) przyszła mi do głowy koncepcja sceny. Bardzo ogólna, wciąż brakuje w niej szczegółowego rozplanowania ruchu scenicznego i gestów (co w rzeczy ocierającej się o pantomimę jest ważne).
Zaczęłam więc pisać. Narrator, wejście bohatera i...
... cisza.
Od dwóch miesięcy niedokończona scena czeka w zeszycie na słowa. Jakiekolwiek.
A może problem nie leży w słowach, a w mojej głowie? Może nie potrafię usłyszeć, jak mój wewnętrzny głos zwraca się do mnie tak, jak do mojego bohatera? Może - mimo wszystko - brak mi tego jednego elementu Miłości?
poniedziałek, 13 września 2010
sobota, 3 lipca 2010
Smak, jest smak!
Smak, zapach...
Taka na przykład herbata jęczmienna. Pachnie trochę piwnie. Dziwny zapach i smak też mocno nietypowy. Ale na każdą herbatę trzeba znaleźć swój sposób. Dobrze osłodzona i pita na zimno - to moja wersja. Smakuje nienajgorzej, a podobno dobrze nawadnia, redukuje stresy i inne takie :)
Japończycy mówią na to mugicha i parzą normalnie lub na zimno (takiej jeszcze nie próbowałam i raczej nie spróbuję, bo bez cukru jest dla mnie raczej nie do przełknięcia).
Mugicha to herbata nie dla wszystkich - ze względu na swój specyficzny smak, ale jeśli będziecie mieć możliwość, to warto spróbować. Może akurat ją polubicie i lato będzie bogatsze o nowy napój?
Skoro już przy sprawach kuchennych jesteśmy, to podzielę się przepisem z gatunku "wziąć to co jest w domu, wrzucić w woka i doprawić".
Dziś rano, szukając pomysłu na obiad, stwierdziłam, że mam ochotę na rybę. Ale nie taką w panierce, jak zazwyczaj robi mam~. Pomyślałam i oto, co wyszło:
Trochę inny dorsz
- filet z dorsza (rozmiar w zależności od tego, dla ilu osób gotujemy)
- kawałek pora
- pomidor
- sos sojowy (można zastąpić maggi zmieszanym pół na pół z wodą)
Dorsza dzielimy na spore kawałki, wyjmujemy ości i zdejmujemy skórę. Nie kroimy go zbyt drobno, bo sam się rozpadnie.
Pora kroimy w węższe lub szersze plastry (szersze będą przyjemnie trzeszczeć między zębami, węższe nadadzą tylko smaku) i "rozbieramy" je na kółeczka.
Pomidora obieramy ze skórki, wyjmujemy pestki razem z całą galaretką. Kroimy w wąskie paseczki.
W woku (ew. nieprzywieralnej patelni) rozgrzewamy niewielką ilość oleju. Na gorący olej wrzucamy rybę i krótko przesmażamy (aż przestanie być szklista). Dodajemy pora i uczciwą porcję sosu sojowego. Chwilkę podduszamy całość. Wrzucamy pomidora, zdejmujemy woka z gazu i mieszamy całość.
Podajemy z ryżem.
Przygotowanie nie zajmuje dużo czasu, a danie wychodzi smaczne, lekkie i sycące :)
Taka na przykład herbata jęczmienna. Pachnie trochę piwnie. Dziwny zapach i smak też mocno nietypowy. Ale na każdą herbatę trzeba znaleźć swój sposób. Dobrze osłodzona i pita na zimno - to moja wersja. Smakuje nienajgorzej, a podobno dobrze nawadnia, redukuje stresy i inne takie :)
Japończycy mówią na to mugicha i parzą normalnie lub na zimno (takiej jeszcze nie próbowałam i raczej nie spróbuję, bo bez cukru jest dla mnie raczej nie do przełknięcia).
Mugicha to herbata nie dla wszystkich - ze względu na swój specyficzny smak, ale jeśli będziecie mieć możliwość, to warto spróbować. Może akurat ją polubicie i lato będzie bogatsze o nowy napój?
Skoro już przy sprawach kuchennych jesteśmy, to podzielę się przepisem z gatunku "wziąć to co jest w domu, wrzucić w woka i doprawić".
Dziś rano, szukając pomysłu na obiad, stwierdziłam, że mam ochotę na rybę. Ale nie taką w panierce, jak zazwyczaj robi mam~. Pomyślałam i oto, co wyszło:
Trochę inny dorsz
- filet z dorsza (rozmiar w zależności od tego, dla ilu osób gotujemy)
- kawałek pora
- pomidor
- sos sojowy (można zastąpić maggi zmieszanym pół na pół z wodą)
Dorsza dzielimy na spore kawałki, wyjmujemy ości i zdejmujemy skórę. Nie kroimy go zbyt drobno, bo sam się rozpadnie.
Pora kroimy w węższe lub szersze plastry (szersze będą przyjemnie trzeszczeć między zębami, węższe nadadzą tylko smaku) i "rozbieramy" je na kółeczka.
Pomidora obieramy ze skórki, wyjmujemy pestki razem z całą galaretką. Kroimy w wąskie paseczki.
W woku (ew. nieprzywieralnej patelni) rozgrzewamy niewielką ilość oleju. Na gorący olej wrzucamy rybę i krótko przesmażamy (aż przestanie być szklista). Dodajemy pora i uczciwą porcję sosu sojowego. Chwilkę podduszamy całość. Wrzucamy pomidora, zdejmujemy woka z gazu i mieszamy całość.
Podajemy z ryżem.
Przygotowanie nie zajmuje dużo czasu, a danie wychodzi smaczne, lekkie i sycące :)
czwartek, 17 czerwca 2010
Niesielsko, Anielsko
Khu, khu, ależ się tu zakurzyło... No ale ostatnio trochę gorąco na uczelni było, tłumaczenia, zaliczenia, prace, cuda na kiju i guzik z pętelką, a do tego wyszywanki i lektury (mniej i bardziej obowiązkowe), więc o blogu się nie myślało.
Wczoraj - po wypoceniu z siebie ciut za krótkiej i bardziej niż ciut nie na temat pracy z teorii literatury - włączyłam dla relaksu wywiad z Martą Williamson, zamieszczony na ostatniej płycie pierwszego sezonu Dotyku Anioła
Zaglądałam kiedyś na jej stronę i jakoś mnie nie ruszyło. Nie wiem, może coś przeoczyłam, a może nie byłam w odpowiednim nastroju.
W każdym razie oglądając te krótki (bo raptem kwadrans trwający) wywiad uświadomiłam sobie, że dla tej kobiety TbaA nie było tylko produkcją (pff, w sumie to wiedziałam już wcześniej, z komentarzy i takie tam). Ale kiedy się ją zobaczyło, jak z tą iskrą w oku opowiada o Bogu i Jego Aniołach, jak zwyczajnie i radośnie się uśmiecha... Lord moves in mysterious ways His deeds to perform
Wczoraj - po wypoceniu z siebie ciut za krótkiej i bardziej niż ciut nie na temat pracy z teorii literatury - włączyłam dla relaksu wywiad z Martą Williamson, zamieszczony na ostatniej płycie pierwszego sezonu Dotyku Anioła
Zaglądałam kiedyś na jej stronę i jakoś mnie nie ruszyło. Nie wiem, może coś przeoczyłam, a może nie byłam w odpowiednim nastroju.
W każdym razie oglądając te krótki (bo raptem kwadrans trwający) wywiad uświadomiłam sobie, że dla tej kobiety TbaA nie było tylko produkcją (pff, w sumie to wiedziałam już wcześniej, z komentarzy i takie tam). Ale kiedy się ją zobaczyło, jak z tą iskrą w oku opowiada o Bogu i Jego Aniołach, jak zwyczajnie i radośnie się uśmiecha... Lord moves in mysterious ways His deeds to perform
Subskrybuj:
Posty (Atom)